GRY KARCIANE - BEZDENNA STUDNIA

Ostatnimi czasy w erpegowym światku zapanowała moda na gry karciane. Myślałem, że to przejściowe i szybko przeminie, ale cóż, kiedy kolejny raz naciąłem się we wrocławskim siedlisku herezji (nazywa się toto "Centrum Gier") na tłumek gości wymachujących sobie przed nosami jakimiś kolorowymi kartonikami, wypadało zrewidować poglądy. Zajrzałem przez ramię, posłuchałem troszkę i nagle przypomniałem sobie, że jutro wykład z fizyki. Cóż to oznacza? Ano dwie godziny okienka - (jeśli chodzi o fizę, no dobra, o większość rzeczy, to preferuję dawkę szokową, tuż przed sesją) - w sam raz na małe conieco...

Tak to właśnie, od idei do czynu, stałem się pewnego pięknego dnia posiadaczem ślicznej talii "Magic: the Gathering", lub jak kto woli, szczęśliwą ofiarą firmy Wizards of the Coast. Dlaczego ofiarą? Zaraz wyjaśnię...

Złe przeczucia naszły mnie tuż po wzięciu talii do ręki. Nie, przyczyną nie był ubytek gotówki, bez jedzenia można przecież trochę przeżyć. Nie poczułem również przypływu magicznej mocy, chociaż może powinienem... Przelękłem się nieco, gdy zobaczyłem wpatrzone we mnie, przekrwione oczy sprzedawcy, kiedy poczułem na plecach ciężkie spojrzenia otaczającego mnie tłumku bywalców. Z ledwością ustałem na nogach pod ich ciężarem.

Nie miałem wyjścia. Musiałem otworzyć. Karty poszły w ruch. Wśród pełnych podziwu i zazdrości achów, profesjonalnych komentarzy i pogardliwych pchichów (z których jako nieuświadomiony w karcianej materii starałem się chwytać jak najwięcej) przechodziły z rąk do rąk. Po paru minutach miałem już ogólny obraz wartości mojej kolekcji kartoników, kilka tuzinów porad i kilkanaście propozycji wymiany. Ponieważ zasadniczo nie jestem zbyt wielozadaniowy, od nieuchronnego hang-upa uchroniło mnie tylko przybycie kolejnego bywalca sklepiku - z kilkoma pudełkami za pazuchą (zgadnijcie czego, dla ułatwienia podpowiem, że prostokątne, tekturowe i kolorowe). Kiedy żądny kart tłum sycił się nową ofiarą, a może myśliwym (?), pozbierałem się z podłogi i czym prędzej, po cichutku, zmyłem się do domu, coby zapoznać się z zasadami nowej gry. Ponieważ nie wszyscy wiedzą o co chodzi, opiszę je pokrótce.

"Magic: the Gathering" jest pierwszą grą karcianą która zdobyła rynek, otworzyła jego bramy innym grom tego typu, i do dziś dzierży wśród swoich kasztelański stolec. Idea tego typu gier jest prosta: w przeciwieństwie do zwykłych kart (takich od brydża, czy pokera) położono nacisk na różnorodność kart. Nie ma już bezdusznych dziesiątek, asów, czy waletów. Są ogniste smoki, straszliwe czary i dzielni wojownicy. Żeby się nie znudzili, jest ich paręset rodzajów. A przy okazji każda talia jest zarazem miniaturowym albumem prac znanych grafików (częstokroć nigdzie indziej nie publikowanych). Zasady są proste, karty podzielone pomiędzy pięć kolorów-żywiołów i dwie kategorie: czary i tereny. Gracze reprezentują potężnych magów walczących o panowanie nad światem, którzy za pomocą many (energii magicznej) dobywanej z terenów, przywołując rozmaite potwory i gromiąc się czarami starają doprowadzić do zguby się wzajem. Całość prezentuje się więc zgrabnie i kusząco, jest proste i... wciągające. Jak chodzenie po bagnach.

Tak się dziwnie złożyło, że tego samego dnia w M:tG zaopatrzyło się również dwóch moich kumpli - towarzysze fizycznej niedoli. Wkrótce miałem więc możliwość przetestowania mojej talii w praktyce. A właśnie, zapomniałem wspomnieć, że każdy gra własną, ułożoną przez siebie talią, której "moc" ma duże znaczenie dla wyniku rozgrywki. Wspomniałem to w samą porę, gdyż po nieprzespanej nocy (a nie mówiłem, że wciąga), wiedziałem już - mam za mało niebieskich, a podły Leon wygrywał tylko dlatego, że miał Desintegrate'a, Scaled Wurma, Terrora, no i... Wiedziałem, że muszę dokupić kart. Przydałoby się też wymienić białe, moje najsłabsze, na jakieś rakujące niebieskie. W ten to sposób, po jednej nocce przerzucania kartoników dołączyłem chcąc niechcąc do grona uzależnionych.

"Magic: The Gathering" nie jest grą uczciwą. Nie chodzi mi o to, że zbyt wiele zależy od losu, od potasowania kart - ten problem dotyczy prawie każdej gry karcianej. Chodzi o to, że czym więcej masz kart, tym mocniejszą talię możesz z nich złożyć. A ponieważ gra się po to, by wygrać, niewinne pogrywanie w wolnych chwilach przeistacza się w niekończący się wyścig zbrojeń. Co gorsza - dość kosztownych zbrojeń (ceny podam później). Tak to już z hazardem bywa. Na początku kupujesz talię - jeśli trafisz w niej na rzadką i silną kartę, masz szczęście (czasami rynkowa cena takiej karty potrafi dwukrotnie przekraczać cenę całej talii). Jeśli nie - trudno, gramy dalej... kupujemy następną. A ponieważ silnych i rzadkich kart jest całkiem sporo, nie można sobie pozwolić na wypadnięcie z obiegu, cały czas wchodzą na rynek nowe wzory kart, nowa śmiercionośna broń. Zaniedbujesz wymianę/zakupy - powoli wypadasz z gry i zaczynasz tracić karty.

Jak bowiem każda przyzwoita gra hazardowa, w M:tG nie gra się dla satysfakcji. Tutaj gra idzie o wielką stawkę, o twoje święte, pieczołowicie gromadzone kartoniki. Czy nie przechodzi cię lodowaty dreszcz, kiedy pomyślisz, że wylosowaną na wejście do gry kartą, którą możesz przegrać, może okazać się twój ukochany Shivan Dragon? Nie? To jeszcze nie wiesz co znaczy Magic: The Gathering...

Magic: The Gathering to niekończący się szał wymiany karcianego stuffu, to czatowanie z wywieszonym jęzorem na nową dostawę, to nieprzespane noce pełne koszmarów o przeciwnikach zagrywających z diabelskim uśmiechem jakimś zabójczym, nieznanym ci czarem, to polowanie na niezorientowanych łosi, zdobywanie perełek za bezcen, to krew, to psychoza, to Hitchcock... Wabi, nęci, kusi, kwapi.

Czarownikom z Wybrzeża należą się gratulacje. Panowie ci skonstruowali doskonale przyswajalny narkotyk, całkowicie legalny, nie zostawiający po sobie kaca i pieniędzy. Dlatego nie będę nikomu polecał, ani odradzał zakupu magicznych kartoników (swoją drogą, pierwszą działkę powinni chyba dawać za darmochę ;) - niektórym uzależnienie nie przeszkadza. Nie będę też bardzo mocno fakał na samą grę, dała mi ona bowiem dużo radości, chociaż w końcu się znudziła (zabrakło wystarczającego zacięcia, a nie jestem również synem szejka).

Po prostu - mówię jak jest - Magic: The Gathering to świetna gra na wolną chwilę, o prostych zasadach, pięknym wykonaniu. Nie trzeba się do niej specjalnie przygotowywać, rozgrywka jest szybka i emocjonująca. Dzięki stale rosnącej popularności nie można narzekać na brak partnerów do gry. Jeśli więc masz "na zbyciu" stówę nzł i masz już dość jęczenia u swojego GMa o kolejną sesję / masz już dość jęków spragnionych nowych przygód graczy... pakuj się w to rozkoszne bagienko.

Zanim się zanurzysz, zawsze przyjemnie potaplasz się w leczniczym błotku. Tylko nie mów, że kupujesz jedną talię i na tym koniec. To samo mówił gostek, którego widziałem ostatnio z 10 pudełkami tego świństwa. Bul bul bul.

- KrukU - [27.10.95]

PS. Trochę o cenach - talia podstawowa (60 kart) kosztuje 33 nzł, dodatek (15 kart) 13 nzł. Za stówę można już skompletować niczego sobie decka, a potem wystarczy trzymać się na fali... powodzenia :)