"MĘŻCZYZNA, KTÓRY POMYLIŁ SWOJĄ ŻONĘ Z KAPELUSZEM"

-- OLIVER SACKS

Pod tym jakże sensacyjnym tytułem nie kryje się ani kryminał, ani powieść sensacyjna, lecz książka, którą można by od biedy nazwać "naukową".

Dlaczego od biedy? Jej autorem jest angielski naukowiec, neurolog i psychiatra Oliver Sacks. Z pozoru podejmuje ona wąsko rozumianą tematykę medyczną związaną z neuropsychologią, neurologią i psychiatrią. Zgłębianie tych zagadnień jest tutaj jednak połączone z rozpatrywaniem ich filozoficznych i egzystencjalnych, a także po prostu "ludzkich" aspektów.

Określenie "książka naukowa" nie jest zatem dobre. Przecież jest przeznaczona dla odbiorców, którzy nie muszą mieć fachowego pojęcia o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu, a jest w stanie ich zafascynować. W każdym razie mnie zafascynowała.

Książka mówi o istocie człowieczeństwa jednostki ludzkiej. Sacks stara się nam "normalnym" ludziom uświadomić, czym są naprawdę istotne cechy naszej psychiki. Czyni to poprzez opowieści o swych pacjentach, których psychika, a zatem i poczucie tożsamości (własnego "ja") zostało zmienione wskutek różnych uszkodzeń i chorób mózgu.

Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy z tego, co przesądza o naszej osobowości, o naszym spostrzeganiu świata, o tym, że jesteśmy ludźmi. Nikt nie zastanawia się, jak to jest, że potrafimy rozpoznawać twarze znanych nam ludzi, że utożsamiamy się z własnym ciałem, że wyczuwamy intencje rozmówcy z intonacji głosu. Nie zastanawiamy się nad tym, gdyż są to zdolności dla nas oczywiste. Są one tak podstawowe, że nie odbieramy w sposób świadomy ich istnienia. Dopiero gdy spotkamy się z człowiekiem, który utracił którąś z tych zdolności, możemy zdać sobie sprawę, jak bardzo wpływają one na nasz ogląd rzeczywistości.

Czytamy tu np. historię człowieka, który zatracił zdolność do rozpoznawania przedmiotów, gdyż postradał pamięć wzrokową. Rozpoznawał on wszystko jak komputer -- np. twarz swego brata rozpoznawał nie dlatego, że ją pamiętał, a dlatego, że wiedział, iż ma kwadratową szczękę. Wszystko, co widział, postrzegał jako zbiór szczegółów, z których mozolnie składał obraz. Nie był w stanie spojrzeć na nic jako na całość.

Kto inny postradał całkowicie pamięć -- pamiętał wszystko tylko przez kilka sekund. Nie wiedział nawet, kim sam jest i co chwilę zmieniał swoje zdanie o tym, kim jest, gdzie się znajduje, z kim rozmawia. Co kilka sekund stwarzał historię swego życia, by zapełnić pustkę, która go ogarniała. Nie zdawał sobie przy tym sprawy, że coś z nim jest nie w porządku -- przecież nie pamiętał tego, że każdego dnia był w swych opowieściach kilkudziesięcioma osobami.

Utracenie pamięci nazywa się amnezją. Inny przypadek amnezji wystąpił u pewnego starszego człowieka, którego pamięć zatrzymała się na roku 1945, kiedy to służył jako marynarz w amerykańskiej armii. Miał wówczas 19 lat. Wszystkie jego wspomnienia zatrzymują się na tym właśnie roku. W jego mniemaniu nadal jest 1945 rok, on jest marynarzem i ma 19 lat. Kiedy pokaże mu się jego własne odbicie w lustrze, jest przerażony, że widzi w nim obcą osobę -- nieznanego starszego człowieka. Obecnie nie pamięta on niczego dłużej niż pięć sekund, a zatem już kilkadziesiąt lat tkwi w jednym momencie własnego życia. Dobrze gra w warcaby i inne gry, nie wymagające długiego zastanowienia. Ale już np. w szachy nie może grać, gdyż zapomina o sytuacji na szachownicy, zanim zdoła ją przeanalizować.

Czy czujecie, że wasza noga jest WASZA, że wasza ręka jest WASZA, że wasze ciało jest WASZE? Pewnie sądzicie, że jest to oczywiste zarówno u was, jak i u każdego człowieka. Rzeczywiście, jest to jedna z podstawowych cech, umożliwiających nam funkcjonowanie. Jest to tak zwany zmysł proprioceptywny, czyli nieustanne, nieświadome, automatyczne przetwarzanie bodźców dotyczących położenia i ruchu własnego ciała. Zdolność ta jest tak fundamentalna, że nie zdajemy sobie z niej sprawy -- to nie świadomość kontroluje to, że chodząc stawiamy nogi tak, by się nie przewrócić. Człowiek nie zdołałby świadomie przetwarzać ogromnej ilości bodźców, których w każdym momencie dostarcza mu jego ciało.

Co się dzieje, gdy ktoś wskutek uszkodzenia mózgu utraci zmysł proprioceptywny? Może to nastąpić częściowo, lub całkowicie. Pewien pacjent profesora Sacksa zatracił zmysł proprioceptywny w odniesieniu do własnej nogi -- zniknęła ona z jego "mapy własnego ciała". Mimo, iż noga znajdowała się na swoim miejscu, człowiek ów przestał się z nią utożsamiać. Był przerażony, że gdy leży na łóżku, obok znajduje się jakaś obleśna noga. Nie wierzył zapewnieniom, że to jego własna noga. Gdy pytano go, gdzie w takim razie znajduje się jego noga, twierdził, że nie wie, że zniknęła.

Inny pacjent, któremu przydarzyło się to samo, co noc spadał z łóżka. Nie ma się co mu dziwić. Zawsze, gdy się budził w nocy, odkrywał, że obok niego leży zimna, martwa, wstrętna noga. Nie miał pojęcia, skąd bierze się obca noga w jego łóżku, ale reagował logicznie -- starał się jej pozbyć, wyrzucając ją z łóżka. Przy okazji sam spadał na podłogę, gdyż owa tajemnicza noga była jego własną, tylko stracił świadomość jej istnienia. Był tak zaaferowany obcą nogą w łóżku, że nie był w stanie powiedzieć, czy była tam też jego własna noga.

To jeszcze pół biedy, ale jedną z pacjentek była kobieta, która całkowicie utraciła świadomość własnego ciała. Nie mogła chodzić, ani nawet się ruszać, jak bowiem miałaby to robić? Spróbujcie poruszyć nogą, która nie należy do was, a przekonacie się jakie to łatwe (oczywiście nie mam na myśli poruszenia czyjejś nogi przy pomocy naszych rąk, a po prostu poruszenie "mózgiem").

Ciało owej kobiety nie było dla niej niczym więcej, jak zewłokiem -- po utracie ciała pozostała niejako "czystym umysłem". Należy zaznaczyć, że nie był to paraliż teoretycznie była zdolna do ruchu, tylko jej ciało nie mogło porozumieć się z "duszą". Zatraciła całkowicie panowanie nad nim i aby móc się poruszać musiała zmysł dotyku i zmysł proprioceptywny zastąpić całkowicie wzrokiem. Musiała patrzeć na swe stopy podczas chodzenia, które i tak przychodziło z wielkim trudem, a jeśli jakaś część ciała była poza polem widzenia to znajdowała się całkowicie poza kontrolą. Utrata tożsamości ciała objęła nawet twarz, której wyraz był całkowicie beznamiętny, a wypowiadane słowa nie miały żadnej intonacji -- jak w kiepskim syntezatorze mowy. Drogą wielkiego wysiłku i samozaparcia kobieta owa zdołała nauczyć się wykonywać podstawowe czynności kontrolując swe ciało wzrokiem, ale jest to tylko jak gdyby korzystanie z narzędzia, z którym przecież nikt się nie utożsamia. Jej ciało niestety już na zawsze pozostanie dla niej czymś nierzeczywistym.

Odwrotna sytuacja zachodzi prawie zawsze po amputacji kończyny -- powstaje wówczas tak zwany fantom. Mimo, iż człowiek nie ma już np. nogi, to w jego "mapie ciała" istnieje ona nadal -- może nią "ruszać", wie, jaka jest jej pozycja. Pewien człowiek stracił w wypadku palec i pozostał mu fantom owego palca wyprostowanego na całą długość. Później bał się przesuwać rękę w pobliże twarzy, aby nie wydłubać sobie oka tym palcem. Bał się na przykład jeść tą ręką. Wiedział, że nie ma już palca, ale uczucie, że on istnieje było nie do opanowania.

Czasem człowiek odczuwa ból w nieistniejących kończynach, lub też swędzenie, czy pieczenie. Kończyny fantomowe są jednak niezbędne, jeśli pacjent po amputacji ma posługiwać się protezą nogi, czy ręki. Gdyby nie istniał fantom, to niemożliwe byłoby utożsamienie się z protezą. A jeśli fantom istnieje, to proteza "zlewa" się z obrazem kończyny i możliwe jest jej używanie. Taka proteza jest z pewnością dla człowieka po amputacji bardziej realna niż własna noga dla opisywanego wcześniej człowieka, który przestał się z nią utożsamiać.

Inny facet, który miał zakłócenia równowagi -- wydawało mu się, że chodzi normalnie, podczas, gdy był przechylony o 20 stopni, całkiem jak krzywa wieża w Pizie. Gdy zobaczył się sfilmowanego na wideo, był niesamowicie zaskoczony.

Wymyślił jednak sprytne rozwiązanie -- w pracy (był stolarzem) gdy sprawdzał, czy coś "trzyma pion" posługiwał się poziomicą. Jeśli nie wiecie, jak wygląda poziomica, to zapytajcie ojca. Teraz postanowił, że poziomica pomoże jemu w poruszaniu się. Razem z profesorem skonstruowali specjalne okulary z przymocowaną do nich, wysuniętą do przodu poziomicą. Teraz facet mógł obserwując pęcherzyk powietrza utrzymywać prawidłową pozycję. Z czasem obserwacja poziomicy stała się dla niego czymś automatycznym i nie przeszkadzało mu to, ani nie rozpraszało jego uwagi.

Jedna z pacjentek przestał widzieć wszystko po swojej lewej stronie. Nie było to jednak związane z uszkodzeniem samego oka. Ona po prostu zatraciła świadomość istnienia lewej połowy swego ciała, a nawet istnienia czegokolwiek po lewej stronie. Jeśli się malowała, to robiła makijaż tylko na prawej połowie twarzy i nie rozumiała, dlaczego ludzie śmieją się z niej. Gdy pokazano jej film wideo z jej twarzą była przerażona widokiem całej twarzy -- w jej umyśle istniała tylko lewa połowa. Nie chciała nigdy więcej tego widzieć. Zawsze była zła, że dostaje za mało jedzenia -- zjadała tylko to, co było po prawej stronie talerza. Z czasem wymyśliła rozwiązanie tego problemu -- poprosiła o inwalidzki wózek na kółkach by mogła się na nim obracać. Kiedy zjadła lewą połowę posiłku obracała się w prawo, by po obrocie o 360 stopni druga połowa znalazła się w polu widzenia prawego oka. Ale i wtedy mogła zjeść tylko połowę tej połowy. Jeśli nadal była głodna, to mogła obrócić się jeszcze raz i zjeść kolejną ćwiartkę, jedną ósmą itd. Co prawda nie mogła zjeść w ten sposób wszystkiego, ale suma tego nieskończonego ciągu geometrycznego dążyła asymptotycznie do całości.

Ten ostatni komentarz jest trochę głupi, ale ja lubię patrzeć na świat matematycznie. Tak naprawdę to zazwyczaj wystarczało jej 7/8 posiłku, czyli musiała się obrócić 2 razy (logarytm o podstawie 2 z liczby 8, pomniejszony o 1).

Mógłbym opisywać jeszcze wiele ciekawych historii, ale z pewnością lepiej robi to profesor Sacks w swej książce. Pisze on również, co dzieje się w mózgu jego podopiecznych -- jakie są fizyczne przyczyny choroby ich duchowości. Opiszę jeszcze tylko dwa przypadki, które szczególnie mnie zafascynowały. Tak właściwie, to wszystkie opowieści profesora są fascynujące, ale coś trzeba wybrać.

Poprzednio opisane schorzenia polegały na utracie jakiejś zdolności, ale często następuje chorobliwe wyolbrzymienie jakiejś części umysłu i obszaru postrzegania kosztem innych zdolności. Pewien student medycyny miał sen, że jest psem w świecie niezmiernie bogatym w zapachy. Po przebudzeniu okazało się to prawdą. To znaczy oczywiście nie zmienił się w psa, ale jego zmysł węchu wyostrzył się w niesamowity sposób. Jego powonienie stało się tak silne, że znalazł się w "świecie zapachów". Zwykli ludzie żyją w świecie obrazów -- 90% naszego obrazu świata powstaje wskutek działania wzroku. U owego studenta węch całkowicie przyćmił wzrok -- kolory były dla niego czymś bladym i nieznaczącym przy bogactwie woni i aromatów. Świat zapachów był nowym fascynującym przeżyciem, miał wrażenie, jak gdyby dotychczas był ślepy i nagle odzyskał wzrok. Świat zapachów był dla niego o wiele atrakcyjniejszy niż bodźce wzrokowe. Nagle odkrył zdolność rozpoznawania po zapachu wszystkich przyjaciół i innych pacjentów szpitala. Kiedy wchodził do budynku mógł natychmiast -- zanim ich zobaczył -- rozpoznać 20 pacjentów tylko po zapachu, każdy z nich miał swą "zapachową twarz". Bez wahania rozpoznawał emocje ludzkie -- radość, lęk, gniew. W Nowym Jorku znał zapachy poszczególnych ulic i sklepów -- mógł chodzić po mieście "na nosa". Wszystkie te zapachy i świat, który tworzyły były niesłychanie wyraziste i "barwne". Dotychczasowe wrażenia, osiągane w "tradycyjny sposób" były w porównaniu z nimi blade i niewyraźne.

Gdy o tym czytałem, przypomniały mi się "Dzienniki gwiazdowe" Stanisława Lema. Podczas jednej ze swych podróży Ijon Tichy trafił na koncert odbywający się na innej planecie. Po jego rozpoczęciu -- mimo, iż widział, że artyści już zaczęli występ -- nie mógł usłyszeć muzyki. Widział na twarzach sąsiadów zauroczenie wywołane koncertem, a sam nadal nic nie słyszał. Zaczął już przypuszczać, że z jego słuchem jest coś nie w porządku. Okazało się jednak, że niepotrzebnie się bał o swoje uszy. Nie mógł usłyszeć muzyki, gdyż nie dla uszu była ona przeznaczona. Dziełem, które tak wzruszyło publiczność była SYMFONIA ZAPACHÓW. Mieszkańcy odległej planety znajdowali artystyczne emocje w bogactwie woni. Z pewnością nasz student doznałby głębszych przeżyć na owym koncercie, niż Ijon Tichy, który nie dość, że miał słabszy węch od swych kosmicznych przyjaciół, to jeszcze w owym czasie miał katar.

Niestety, po trzech tygodniach wspaniała nowa zdolność prysła jak bańka mydlana tak niespodziewanie, jak się wcześniej pojawiła. Ów student jest teraz szanowanym lekarzem, przyjacielem profesora Sacksa. Minęło 16 lat, a często nadal ogarnia go tęsknota za tym tak konkretnym, tak rzeczywistym pięknym światem, w którym przebywał przez trzy tygodnie. Chciałby znów być psem.

Ostatnia historyjka, którą tu przytoczę to opowieść o dwóch bliźniakach. Byli oni ciężko opóźnieni w rozwoju. Nazywa się to autyzmem. Mieli jednak niesamowitą zdolność. Posiadali niesamowitą pamięć. Potrafili odtworzyć przebieg każdego dnia swego życia. Pamiętali wszystko jak komputery -- w sposób bezpośredni, niezmieniony i gotowy do natychmiastowego odczytu. Z tymi wspomnieniami nie wiązały się żadne emocje -- po prostu odtwarzali informacje z "RAM-u". Byli idiotami (najcięższy stopień opóźnienia w rozwoju), więc kompletnie nie umieli liczyć. Liczby ani działania na nich, jako pojęcia abstrakcyjne nie istnieją dla nich. A jednak to właśnie z liczbami związane są ich najbardziej niewiarygodne zdolności. Potrafili momentalnie podać na jaki dzień tygodnia przypada dowolna data (np. słyszą "pierwszy lipca 1994" i mówią od razu "piątek").

Oczywiście -- można to łatwo policzyć przez dzielenie całkowite i sprawdzanie pozostałej reszty, ale przecież oni nie umieli liczyć, a nawet jeśli ktoś potrafi liczyć, to nie tak szybko i dokładnie. Podobnie potrafili podać datę Wielkanocy dla dowolnego roku. Mówili, że "widzą" prawidłową odpowiedź. Jeszcze bardziej niesamowitą zdolnością było "widzenie" przez nich liczb pierwszych. Jeśli ktoś zapomniał, to przypominam, że liczba pierwsza to taka, która dzieli się bez reszty tylko przez jeden i przez siebie samą. Nie ma bezpośredniej metody na sprawdzenie, czy liczba jest pierwsza. Trzeba stosować algorytmy iteracyjne, które wyszukują kolejne liczby pierwsze na podstawie tych wyliczonych (lub podanych) już wcześniej. Mimo, iż można stosować wiele metod optymalizacji w tych algorytmach (wiemy coś o tym z Lestatem -- robiliśmy kiedyś konkurs na program wyszukujący liczby pierwsze), to obliczenia i tak są niezmiernie powolne, gdyż wymagają bardzo wielu działań -- dzieleń i porównań. Z kolei metody zupełnie proste -- jak sito Eratostenesa, są powolne w sposób wręcz beznadziejny. Co tu zresztą mówić o metodach matematycznych, skoro bliźniacy nie umieli liczyć, ani nie postrzegali liczb jako matematycznych abstrakcyjnych pojęć. Oni po prostu "widzieli", liczby pierwsze. I to nie byle jakie, a nawet 20-to cyfrowe. Wymagało to kilkusekundowego zastanowienia w celu "zobaczenia", czy liczba jest pierwsza. Wynajdowanie liczb pierwszych było dla braci bardzo przyjemne i dawało im dużo satysfakcji wyszukiwanie liczb o coraz większej ilości cyfr. "Widzenie" liczb przejawiało się jeszcze w inny fascynujący sposób. Obaj mogli na pierwszy rzut oka stwierdzić, ile przedmiotów widzą przed sobą. A co w tym dziwnego? -- zapytacie. Pewnie -- jeśli zobaczycie jedną zapałkę, to będziecie wiedzieć, ile zapałek widzieliście. Jeśli zobaczycie dwie, trzy, a nawet cztery -- to również bezbłędnie stwierdzicie, ile ich było. Do czterech obiektów każdy rozróżnia ich ilość bezbłędnie. Jeśli jednak zapałki byłyby porozrzucane nieregularnie, to prawdopodobnie mało kto odróżniłby, czy jest ich pięć, czy też sześć. Bliźniacy natomiast bez problemu i w jednej chwili mogli stwierdzić, że zapałek, które wysypały się na podłogę było np. 111. Widzieli to momentalnie tak jak my widzimy na pierwszy rzut oka, że mysz ma 2 przyciski. Oni zaś zobaczyliby od razu, że komputer ma 102 klawisze.

Zupełnie nie wiadomo, na czym polegają te zdolności. Wygląda na to, że postrzegają oni liczby w sposób bezpośredni -- nie jako matematyczne abstrakcje (bo nie znają matematyki), a jako realne byty obdarzone pewnymi oczywistymi na pierwszy rzut oka własnościami. My widzimy, czy jabłko jest zielone, czy czerwone, albo czujemy, czy woda jest zimna, czy ciepła. Nie musimy mierzyć długości fal świetlnych odbitych od jabłka, ani mierzyć wewnętrznej energii wody. Wiemy to od razu. Oni tak samo widzą, czy liczba jest pierwsza, ile jest rozsypanych zapałek, jaki dzień tygodnia był piątego lipca 1923 roku. Można powiedzieć, że kolor, czy temperatura są konkretnymi fizycznymi cechami, które są rejestrowane przez mierniki, czyli nasze zmysły. Następnie wyniki pomiarów są konfrontowane z zapamiętanymi wzorcami. Jak to odnieść do liczb? Przecież one nie istnieją. To tylko abstrakcyjny wytwór ludzkiego umysłu. A właśnie! Skąd my to wiemy? Przecież ci nie umiejący liczyć bracia jakoś jednak podają w okamgnieniu prawidłowe wyniki, które my dopiero pracowicie sprawdzamy (wyliczcie sobie 20-to cyfrową liczbę pierwszą). A może jednak liczby istnieją naprawdę? Może właśnie niektórzy je widzą, tak jak ja teraz widzę ekran monitora.

Rzeczywistość jest o wiele bogatsza niż to, co możemy zarejestrować zmysłami. Przyznam, że jako dla zażartego materialisty i racjonalisty oraz "umysłu ścisłego" wizja "istnienia liczb" jest czymś wspaniałym -- czymś, co porządkuje świat i czyni go zrozumiałym. Jest to przepiękne potwierdzenie matematyczności otaczającej nas rzeczywistości i istnienia ścisłych reguł nią rządzących. Jest to potwierdzenie możliwości ostatecznego zrozumienia świata. odnalezienia w drodze nieustannego postępu nauki i unifikacji wyników badań z różnych dziedzin OSTATECZNEJ PRAWDY -- "Ogólnej Teorii Wszystkiego". Tak więc drodzy przyjaciele Wszystko jest Liczbą, a Liczba jest Wszystkim, a w każdym poznaniu jest tyle prawdy, ile w nim jest matematyki.

No dobra, trochę odszedłem od tematu artykułu, ale już przystępuję do podsumowania. Opisałem tu pokrótce parę historii by Was zachęcić do przeczytania książki. W książce znajdziecie około 300 stron równie pasjonujących opowieści. Moje opisy były pobieżne i dyletanckie. Nie znam się na naukowej stronie tych zagadnień i opisywałem wszystko tak, jak to zrozumiałem. Autor jednak jest wybitnym specjalistą i wszystkie historie opisuje zarówno z punktu widzenia obserwatora zewnętrznego, jak i z punktu widzenia naukowca. Wiemy więc zarówno, jakie są objawy, ale też jakim uszkodzeniem mózgu są spowodowane i jakie podejmowano próby leczenia. Nie myślcie jednak, że jest to sucha i bezduszna rejestracja "ciekawych przypadków". Oliver Sacks w pacjentach widzi tylko i wyłącznie ludzi, którym potrzebna jest pomoc medyczna i wsparcie duchowe. Jego klinika jest przez pacjentów nazywana Domem. W swej książce zawiera on również refleksje filozoficzne dotyczące omawianych problemów. Porusza tematykę teorii poznania, przez co nieustannie stara się zrozumieć -- Czym jest człowiek?

DERSU-UZAŁA