POBÓR

Diuk Manuel don Kokoshke był właśnie zażywał kąpieli, gdy do jego uszu dobiegło ciche stukanie do drzwi. Przepasawszy się jedwabnymi nausznikami wyszedł diuk z kąpielnicy i do hallu obszernego wyszedł, by drzwi otworzyć.

Za drzwiami, w strugach kapuśniaczku, doręczyciel pocztowy stał. Jedną ręką uzdę muła był ściskał, w drugiej druk jakowyś dzierżył. Zdumiało diuka, że doręczyciel pocztowy, zwykle w wesołe szkarłatno-fioletowe barwy odziany, tym razem w czerni przychodzi.

-- Cóż Cię do mnie sprowadza, doręczycielu pocztowy? -- godnie zapytał diuk. Doręczyciel dyskretnie otarł policzek z kapusty, chlipnął był cicho i rzekł podając diukowi druk:

-- Zostałeś pewnie wytypowany. Pozwól sobie złożyć szczere kondolencje... To rzekłszy odwrócił się i odszedł, żłobiąc głębokie koleiny w kapuśniaczku zalegającym podjazd.

Machinalnie zamknąwszy drzwi, udał się diuk w głąb domu. Gdy już do piwnic dotarł, osunął się był na swój ukochany katafalk i pocieszenia w nim nie znajdując, załkał:

-- Stało się... O! Łzynamnionie! Stało się... A dżdż dżdżył dżdżyście na dżworu.

BASZA