...poprzedni odcinek


WYPRAWA DO TEKSASU
SKLEPY I ZAKUPY

Zajechaliśmy pod sklep "Mole". Nasi dobroczyńcy zapytali, o której po nas przyjechać. Umówiliśmy się na 19.

"Mole" to właściwie nie jeden sklep, a cały ich kompleks. Kilkadziesiąt dużych sklepów pod jednym dachem. Jest jeden wielki korytarz i osobne wejścia do wszystkich sklepów -- muzycznych, elektronicznych, odzieżowych, zabawkarskich, restauracji, księgarni, sklepów jubilerskich, kosmetycznych i mnóstwa innych. Wszystkie te sklepy są dość drogie -- jest to najelegantszy zespół sklepów w całym Tyler. Nie są to supermarkety, a wyspecjalizowane, ekskluzywne sklepy. Na przykład kowbojski kapelusz kosztuje tam $50. Nie było niestety tego, po co się wybraliśmy -- a mianowicie sklepu spożywczego, jednak żywność kupuje się tylko w supermarketach, nic więc dziwnego, że nie było jej w "Mole'u". Na szczęście mieliśmy dużo czasu (3 godziny), a 100 metrów od "Mole'a" znajdował się znany nam już "Brookshire's" i to tak położony, że nie trzeba było przechodzić przez ulicę i narażać życia. Mogliśmy zatem pochodzić sobie najpierw tutaj, a potem skoczyć po żarcie. Zainteresowały mnie dwa sklepy -- muzyczny "Camelot Music" i komputerowy, którego nazwy niestety nie pamiętam.

W muzycznym można było kupić prawie wszystko, co chciałoby się kupić. Płyty kompaktowe pogrupowane są według rodzajów muzyki. W Teksasie w każdym sklepie muzycznym, czy też w muzycznej części supermarketu, połowa płyt to muzyka country. Jest ona szalenie popularna na Południu -- słuchają jej wszyscy, istnieje pełno rozgłośni radiowych, które nadają wyłącznie country. Niezbyt interesuję się taką muzyką, z pewnością nie kupiłbym CD z country. Później jednak przekonałem się, że jest to znakomita muzyka do jeżdżenia samochodem. Połowa płyt i kaset to zatem country i cała masa wykonawców, których nazwiska nic mi nie mówią, ale którzy tutaj są wielkimi gwiazdami. W ramach danego rodzaju muzyki płyty są poukładane alfabetycznie, więc łatwo odnaleźć to, czego się szuka. Inne rodzaje muzyki, które można odnaleźć w sklepach to: New Age -- pod tą nazwą kryje się nie tylko klasyczne New Age, ale wszelka muzyka elektroniczna, jak na przykład Tangerine Dream, Jean-Michel Jarre, czy Vangelis. Dalej mamy rap, jazz, muzykę klasyczną i wreszcie największą grupę płyt po country -- pop i rock. Tutaj zalicza się prawie całą tzw. muzykę popularną. Na koniec zostaje jeszcze smakowity kąsek -- muzyka alternatywna i niezależna. Wybór płyt jest naprawdę duży -- można kupić praktycznie wszystkie płyty popularnych wykonawców. Nie wiem, jak jest w dużych miastach w Polsce -- ale z tego, co widziałem, to nawet we Wrocławiu w większości sklepów muzycznych jest po prostu tylko przypadkowa zbieranina pojedynczych egzemplarzy płyt. Nie wspominam już o Jeleniej Górze. Aby sprawdzić, czy jest coś konkretnego, albo po prostu -- czy jest coś ciekawego, trzeba przekopać się przez wszystkie płyty. A w takim Tyler, które ma mniej mieszkańców, niż Jelenia Góra, nawet w zwykłym supermarkecie jest co najmniej 100 razy tyle płyt, co w przeciętnym sklepie w Jeleniej Górze, nie mówiąc już o specjalistycznych sklepach muzycznych, jak właśnie "Camelot Music". Ponieważ wszystko jest porządnie posortowane według rodzajów i alfabetycznie według wykonawców, to mimo tej ogromnej ilości płyt, nie ma żadnego problemu z wyszukaniem tego, co nas interesuje. Warto porównać ceny płyt CD w USA i w Polsce. Otóż płyty, które znajdują się w zwykłej sprzedaży ("regular") są dosyć drogie. Te wydane w Ameryce kosztują najczęściej -- zależnie od sklepu i stopnia popularności wykonawcy -- $11 do $13. Są co prawda tacy wykonawcy, których płyty są bardzo drogie. Należy do nich np. Pink Floyd. "The Wall" kosztowało w "Camelot" $35 -- po $17.5 za jedną płytę. Najdroższe są te płyty, których nie wydano w USA, a które zostały sprowadzone z Europy -- te potrafią kos ztować nawet $26 za jeden CD. Jednak najsmaczniejszym kąskiem w każdym sklepie, w którym można kupić kompakty są płyty przecenione i używane. Zawsze gdzieś znajduje się stanowisko z takimi właśnie egzemplarzami. Są one co prawda niewygodnie do oglądania poukładane -- powsadzane do pudełek grzbietami do góry, ale biorąc pod uwagę możliwość znalezienia czegoś świetnego za psie pieniądze -- warto poświęcić trochę czasu i w nich poszperać. Jeśli ktoś jest miłośnikiem muzyki poważnej, to może kupić płyty nawet za 90 centów za sztukę.

Obecnie w Stanach jest też zatrzęsienie płyt z "muzyką natury" -- szum morza przez 45 minut, albo pustynny wiatr, świergot ptaków, górski wodospad, las tropikalny, pieśń wieloryba itp. Jest tego kilka serii, w każdej po kilkadziesiąt płyt. Zestawy 5 -cio płytowe można było kupić za $3, a więc po 60 centów za sztukę. Ja kupiłem np. "Vision Thing" zespołu "The Sisters Of Mercy" za $3, Sławek -- najnowszy album Pink Floydów -- "Division Bell" za $5. Takich okazji jest mnóstwo, trzeba tylko poszperać w płytach. W ogóle zresztą przeceny są świetną okazją, by kupić coś ciekawego za świetną cenę.

Przy czym w USA przeceny nie są czymś wyjątkowym -- sezonowym, jak w Polsce, ale w każdym sklepie przeceny trwają cały rok. Np. w supermarketach spożywczych codziennie cena jest obniżona na inne towary, poza tym jeśli okres trwałości czegoś zbliża się do końca, to również znacznie obniżana jest cena. W innych sklepach przeceniane jest to, co po prostu leży już za długo i zawadza na półkach. Troje z nas kupiło np. w supermarkecie "Target" bardzo dobre kalkulatory "Casio" z grafiką, z programowaniem, ze sporą pamięcią i mnóstwem funkcji po $10 za sztukę. Później znajomy Amerykanin powiedział nam, że trzeba było dać je przy kasie razem, to pewnie zapłacilibyśmy tylko po $9 za sztukę, a gdyby jeszcze zwrócić uwagę, że opakowania były zakurzone -- to po $8. Kupiłem też sobie moje pierwsze w życiu oryginalne programy komputerowe -- był to zestaw pięciu klasycznych przygodówek LucasArts -- "Monkey Island I", "Maniac M ansion", "Zak McKracken", "Indiana Jones III" i "Loom" za $10. Fakt -- starocie. Ale ja darzę te gry takim sentymentem, że nadal są dla mnie wspaniałe (Zak to była moja pierwsza przygodówka -- jeszcze na C-64), a właśnie poszukiwałem ich w wersji na PC. Zapłaciłem praktycznie tyle, co za dyskietki (7 * 3.5 HD), a mam wszystko w ładnym pudełku, z instrukcjami, legendami, bajerami w rodzaju pamiętnika Guybrusha, tajnego dziennika ojca Indiany Jonesa, czy też nastrojowych drzeworytów ilustrujących "Loom'a" . Wyprzedaże rulez! Można spokojnie zaopatrywać się we wszystko wyłącznie na nich. W sklepach co krok widać "znaki drogowe" o treści "UWAGA NA SPADAJĄCE CENY!"

Jak już poruszyłem sprawy komputerowe, to powiem o tym coś więcej. Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że komputery i osprzęt do nich, a generalnie rzecz biorąc -- elektronika, to w Stanach niesamowita taniocha. Nawet dla Polaków. Podam kilka przykładów. Z góry przepraszam moich Amigowskich Braci za brak jakiejkolwiek wzmianki o ich zabawce, ale po prostu w Stanach (a przynajmniej tam, gdzie ja byłem) Amiga nie istnieje! Ani razu nie widziałem ani komputera tej marki, ani nawet żadnej reklamy, czy ogłoszenia z tym związanej. Nie widziałem nigdzie nawet logo "Commodore". Każdy chyba jednak trochę orientuje się w cenach pecetowskich w Polsce i będzie miał punkt odniesienia. Otóż w Stanach królują pecety, choć można spotkać też sporo Macintoshy. Komputery firmy Apple stanowią tak na oko mniej więcej 10% oferty w sklepach. Reszta to pecety, ale tylko firmowe -- głównie IBM i mniej znany na polskim rynku, a będący znaczącym producentem w USA, Packard Bell. Zresztą ostatnio widziałem i w PC-Kurierze reklamy tej firmy. Tak, czy inaczej nie ma mowy o żadnych składakach. Ceny za to są niższe niż u nas za składaki. Standardem wyposażenia jest CD-ROM o podwójnej prędkości, 16-bitowa karta dźwiękowa z głośnikami, karta video 1MB-LocalBus. Procesory różne od 486SX25 do Pentium. Przykładowo 486DX40, 4MB RAM, SVGA 1MB-LocalBus, double speed CD-ROM z 6 płytami, karta Sound Blaster 16, głośniki, dysk 340 MB, kolorowy monitor SVG A, stacja dysków 3.5, fax-modem, drukarka atramentowa Hewlet Packard -- to wszystko może być twoje za $1300, a więc około 30 mln zł. [czytelniku, weź poprawkę na datę powstania tego artykułu - dop. Kruku] U nas byle składak w tej konfiguracji kosztowałby około 2 razy drożej. Podobna relacja jest na cały sprzęt i osprzęt komputerowy. Np. 11-to dyskietkowe pudełko HD-ków BASF to $5, a więc 10.5 tysiąca zł za dysk HD. I tak dalej. Nie będę dalej wymieniał, bo to nie ma sensu. Szlag mnie trafia, jak sobie pomyślę, co z cenami w Polsce się dzieje przez te wszystkie cła i podatki. Zgroza. Wyobraźcie sobie -- relacja między zarobkami naszymi, a Amerykanów jest mniej więcej jak 1 do 10, więc dla niego powyższa konfiguracja kosztuje -- w relacji do zarobków -- 3 mln złotych. Niezłe, co? A Amigę 1200 można by kupić (gdyby była w sklepie -- a w USA nie ma jej) za 900 tysięcy! Fakt, że programy są drogie -- przeciętnie $25 za gierkę, a nowości -- nawet $50, ale w sumie u nas ceny są podobne. Ceny użytków są w przeliczeniu też podobne. Zwraca uwagę przewaga programów na CD-ROMach. Obecnie CD-ROM jest standardowym wyposażeniem komputera w Stanach. Nie sprzedaje się już maszyn bez tego dodatku. Więcej jest też programów -- zarówno użytków, jak i gier -- na płytkach CD niż na dyskietkach. I wcale nie są droższe. W końcu -- jako nośnik -- płyta CD kosztuje mniej więcej tyle samo, co dyskietka HD.

W ogóle jeśli chodzi o gry, to dużą konkurencją dla nich są w USA konsole, szczególnie Nintendo. I jeszcze ciekawostka -- niektóre gry (takie, jak np. "Mortal Kombat") są w Stanach ocenzurowane. Można je kupić od 17 lat i jest to rygorystycznie sprawdzane. I bardzo dobrze. Ponieważ jestem konserwatystą, więc uważam, że to bardzo dobrze. Dzieciaki napatrzą się na krew i bebechy latające w powietrzu, a potem strzelają się w szkołach. Bardzo podobało mi się w sklepach komputerowych to, że komputery są cały czas włączone i można na nich robić, co tylko się chce. Można np. siedzieć, i cały dzień obczajać PowerPC z systemem operacyjnym sterowanym głosem. Ty mu mówisz "What time is it?", a on -- "It's 4.20 pm.". Ty mu -- "Open.", on otwiera okno. "Close" -- zamyka itd. Świetny bajer! W ogóle w każdym sklepie -- bo sklepy są tylko samoobsługowe -- można wszystko obczajać do woli. Sprzedawca (a właściwie -- pomocnik dla klientów) może ci pomóc w wyborze, ale nawet, jeśli zająłeś mu pół godziny i nic nie kupiłeś, to jeszcze niemalże padnie ci do kolan na pożegnanie.

Wielką zaletą supermarketów jest to, że można w nich kupić absolutnie wszystko -- od jedzenia poprzez ubrania i sprzęt domowy, a skończywszy na samochodach. Bez problemu można przez całe życie kupować wszystko tylko w jednym sklepie i nigdy niczego nie zabraknie. Ponieważ -- jak już wspomniałem -- Amerykanie robią zazwyczaj zakupu rzadziej, ale duże, więc trochę to trwa, często kilka godzin. Z tego powodu właściciele ułatwiają klientom życie, jak tylko się da. W każdym sklepie znajduje się co najmniej jeden bar szybkiej obsługi w stylu McDonalda, a także kawa, herbata i napoje za darmo. Miłe jest też to, że nie ma obowiązku chodzenia po sklepie z wózkiem. Jeśli chcemy kupić tylko jedną małą rzecz, to po prostu bierzemy ją w rękę, można też swobodnie pospacerować, zanim się na coś zdecydujemy, bo połazić po takim wielkim supermarkecie to naprawdę przyjemność. I tak nikomu nie uda się nic przemycić pod ubraniem, gdyż przy drzwiach są specjalne czujniki, które wykryją każdego "shop-liftera", któremu kasa sklepowa nie zneutralizowała zabezpieczeń na opakowaniu. Radziłbym w związku z tym Lifterowi, by uważał w USA. Na codzień jest co prawda tylko prostym Lifterem, ale gdy znajdzie się w sklepie, z definicji staje się on shop-Lifterem, a na to reagują czujniki.

Żeby już zakończyć temat o zakupach, trzeba dodać, że wszystko, co kupimy w dowolnym sklepie, możemy zawsze oddać w ciągu 30 dni, i dostać forsę z powrotem. Wyjątkiem jest tylko bielizna osobista i żywność. W każdym supermarkecie w pobliżu wejścia jest specjalne stoisko, przy którym miła panienka pyta, czym nam może służyć, a mu jej na to (też z uśmiechem) -- "Nie podoba mi się to." i oddajemy coś. Ona tylko pyta, czy jest to uszkodzone, czy nie. Jeśli uszkodzone -- to odsyłają do producenta, a jeśli nie -- to z powrotem na sklep. Nie trzeba nawet iść do tego samego sklepu, w którym kupowaliśmy. Jeśli np. kupiliśmy coś w sklepie "WAL*MART" w Tyler, a potem w Nowym Jorku uznamy, że jednak to nam się nie podoba, to idziemy do tamtejszego "WAL*MAR Tu", pokazujemy paragon i oddajemy. Jeśli nie mamy paragonu, ale potrafimy inaczej uprawdopodobnić to, że kupiliśmy w tej samej sieci, to też nie będzie problemu. Sklepy robią wszystko, by związać ze sobą na stałe klientów. Np. jeśli znajdziemy w innym sklepie taką samą rzecz taniej, niż w naszym supermarkecie, to w większości sieci zwrócą nam różnicę w cenie i jeszcze dopłacą 10%. Oczywiście -- każda sieć nie może być najtańsza (najtańszy jest "WAL*MART"), ale klient, który otrzymał takie zapewnienie, zazwyczaj wierzy, że już taniej być nie może i po prostu nie sprawdza w innych sklepach. A o to właśnie chodzi właścicielowi. Innym sposobem przywiązywania do siebie klientów jest oferowanie przez wszystkie sieci całej gamy towarów firmowych, które można kupić jedynie w tej i żadnej innej sieci supermarketów. Towary te są znacznie tańsze niż ich "ogólnodostępne" odpowiedniki. Ten system najsilniej został rozbudowany w "WAL*MARCIE". Można tam kupić mnóstwo artykułów żywnościowych, ale nie tylko, sygnowanych logiem "SAM'S CHOICE" (jest to aluzja odnośnie właściciela sieci -- Sama Waltona). Dorobiona jest do tego filozofia w stylu: "My kupujemy amerykańskie produkty, kiedy tylko możemy, a więc możesz i ty. Kiedy tylko możesz -- kupuj amerykańskie. Amerykańskie znaczy dobre." Jest więc np. cały wybór napojów, takich jak "Sam's Choice Cola", czy "Sam's Choice Root Beer". Nie są to wcale jakieś tandetne podróby, ale rzeczywiście bardzo dobre wyroby. Przykładowo dwulitrowa "Coca-Cola" kosztuje prawie wszędzie $1.15, a dwulitrowa, absolutnie nic nie gorsza "Sam's Choice Cola" i inne napoje z tej serii kosztuje tylko 58 centów. Dwa razy taniej! Wszystkie napoje 0.345 l z automatów kosztują 35 centów, a z automatów koło "WAL*MARTU" można kupić napoje "SAM'S CHOICE" po 25 centów. Równie tanie są np. rewelacyjne ciasteczka "Sam's Choice Chocolate Chip Cookies". Są pyszne i mają aż 39% czekolady, a kosztują tylko $1.60, podczas gdy za konkurencyjne (też świetne), ale ogólnodostępne "Chips Ahoy!" w najtańszym sklepie ("Super One") trzeba dać $2.01. Warto więc kupować w sieci "WAL*MART", bo jest najtańsza i najlepiej zaopatrzona.

Moje uwagi o zakupach były natury ogólnej, trochę (trochę?!) się rozpisałem, więc pewnie już zapomnieliście, że znaleźliśmy się w sklepie "Mole", podwiezieni tam przez miłych starszych państwa. Po jakichś 2 godzinach opuściliśmy go i poszliśmy parkingiem 100 metrów dalej po jedzenie do "Brookshire's". Później zaczekaliśmy do godziny 7 na ławce w hallu "Mole'a" (po co się prażyć na słońcu). Punktualnie o 7 przed sklep zajechała spotkana poprzednio pani w wielkim białym Chevrolecie typu "krążownik szos". pytała, czy nie chcemy jeszcze gdzieś jechać, więc powiedzieliśmy jej, że już sami byliśmy w "Brookshire's". Była bardzo zaskoczona i zdziwiona. Pytała nas, dlaczego wcześniej jej nie powiedzieliśmy, że chcemy jeszcze gdzieś jechać, to przyjechałaby po nas i wzięła nas tam. Na nasze tłumaczenia, że to tylko 100 metrów, stwierdziła: "My nie chodzimy. My jeździmy." W drodze powrotnej pytała nas, czy mamy co robimy w weekend, bo chcieliby nas gdzieś zabrać ze swoim mężem. W najbliższy weekend planowana była wycieczka do Dallas, więc powiedzieliśmy, że skontaktujemy się z nimi później. Chcieliśmy się jakoś odwdzięczyć, więc podarowaliśmy jej część z naszych zapobiegliwie licznie przywiezionych prospektów i albumów o Jeleniej Górze, oraz odznakę z herbem naszego miasta. Oczywiście -- jak to Amerykanka -- zachwycała się przez pięć minut. Spytała, czy nie przydałby się nam telewizor, ale nie chcieliśmy nadużywać jej dobroduszności. Zostawiła nam wizytówkę i powiedziała, że możemy do nich dzwonić, kiedy tylko chcemy, a oni wezmą nas tam, gdzie sobie zażyczymy -- do sklepu, albo gdziekolwiek.

Okazało się, że nazywają się Bob i Vera Jinks, są już na emeryturze i mieszkają w pobliżu uniwersytetu w bogatej dzielnicy białych. Byli tacy mili, i to całkiem bezinteresownie, że aż trudno było nam w to uwierzyć. Później jednak przekonaliśmy się, że większość Amerykanów jest równie miła i skora do pomocy przybyszom zza oceanu.


RODAK

Kiedy weszliśmy do domu z naręczami toreb z zakupami na rękach, okazało się, że na stole w saloniku leży jakaś kartka. Sławek wziął ją do ręki i ze zdumieniem stwierdził, że jest ona napisana po polsku. Była to kartka od tajemniczego Andrew Czarneckiego. Kiedy to usłyszeliśmy, ogarnęło nas -- a szczególnie dziewczyny -- dziwne uczucie. Zaczęliśmy w akompaniamencie nieartykułowanych okrzyków radości wyrywać sobie kartkę. Tak byliśmy spragnieni kontaktu ze słowami napisanymi w ojczystym języku, że gdzieś przez minutę walczyliśmy o kartkę ścigając się po całym domu, każdy bowiem chciał przeczytać ją pierwszy. Teraz już rozumiem, co czuł latarnik z noweli Sienkiewicza, kiedy otrzymał paczkę z polskimi książkami. Wreszcie ochłonęliśmy i ktoś -- nie pamiętam już kto -- zaczął czytać na głos.

Otóż Andrew witał nas serdecznie, pisał, że był u nas o godzinie 5, ale nas nie zastał (byliśmy przecież w mieście). Pojechał do Tyler z Bułgarami, ale kiedy wrócili, nas dalej nie było. Jeśli potrzebujemy jego pomocy (jakiej pomocy?), to mieliśmy do niego zadzwonić tego samego dnia (zostawił numer), albo spotkać się z nim następnego dnia o 1.00 w recepcji. Byliśmy tak zaaferowani, że od razu zatelefonowaliśmy. Rozmawiał Sławek, a my pilnie się przysłuchiwaliśmy. Po "Hello, can I speak with Andrew?" Sławek nagle zaczął rozmawiać po polsku! Cholera, tego się tu nie spodziewałem! Po rozmowie -- której przysłuchiwaliśmy się łapczywie -- sytuacja nieco się rozjaśniła. Okazało się, że uniwersytet i parafia katolicka współpracują ze sobą, a właściwie to parafia oferuje uniwersytetowi coś w rodzaju usług dobroczynnych dla studentów, którzy takiej pomocy potrzebują. Ponieważ byliśmy z Polski, parafia katolicka zainteresowała się nami, a kiedy okazało się, że nie mamy samochodu -- zaoferowali nam go!!! Andrew był właśnie kierowcą tego samochodu, który był do wyłącznej dyspozycji nas -- Polaków. Hurraa!!! Mamy samochód! Nie jestem co prawda katolikiem, ale parafia katolicka w Tyler rulez! Samochód -- to jest coś.

Następnego dnia punkt o 1.00 byliśmy w "ofisie" (tak nazywaliśmy "office", czyli biuro i recepcję campusu). Andrew opisał nam, jak wygląda, więc od razu nasz wzrok padł na grubawego brodacza w okularach w wieku jakichś 28 lat o sympatycznej twarzy. Zagadujemy do niego po angielsku, bo ciągle dziwne wydawało nam się mówić po polsku do Amerykanina, a on oczywiście odpowiada po polsku. Wtedy naprawdę uwierzyliśmy, że wreszcie spotkaliśmy bratnią duszę. Andrew Czarnecki mówił bardzo dobrze po polsku , chociaż miał wyraźny amerykański akcent. Wtrącał też sporo słówek angielskich, jak np. "well" na początku zdań, oraz po prostu niektóre pojęcia szybciej nasuwały mu się po angielsku, niż po polsku. Nie miał jednak najmniejszych kłopotów z gramatyką, z końcówkami itp. Z pewnością jego polski nie był wtórnie wyuczony jako drugi język, a tylko nieco poddany wpływom otoczenia. Był on studentem psychologii z Detroit w stanie Illinois, a więc dokładnie na drugim końcu kraju, niedaleko Chicago i Wielkich Jezior, w pobliżu granicy z Kanadą. Co więc robił na południu w Tyler, na Południu. Było to coś w rodzaju aktywnie spędzanego urlopu, podczas którego chciał jednak nieco dorobić i zmienić otoczenie. Był silnie wierzącym katolikiem (chociaż nie żadnym oszołomem), ale to, że pracował dla parafii nie wpływało w żaden dziwaczny sposób na jego zachowanie. Był całkowicie normalnym, równym gościem. Gdybyśmy nie wiedzieli, że pracuje dla parafii, to nie zorientowalibyśmy się. Miejscowy kościół nie wymagał bowiem żadnego "odwdzięczania się" z naszej strony za ogromną niewątpliwie pomoc, jaką był samochód. Do naszej dyspozycji na pozostałe 5 tygodni pobytu była bardzo wygodna biała "Toyota" z klimatyzacją. Nie był to samochód w stylu amerykańskim, czyli wielka terenowa półciężarówka. Był to zwykły pięcioosobowy samochód osobowy, ale w sam raz dla naszej czwórki plus Andrew.

następny odcinek...