...poprzedni odcinek


WYPRAWA DO TEKSASU
SAMOCHODY I PRZESTĘPCZOŚĆ

Tutaj powiem o czymś, co zauważyłem w Stanach odnośnie samochodów. Mianowicie Amerykanie używają praktycznie wyłącznie automatycznych skrzyń biegów. Jeździłem podczas pobytu kilkunastoma różnymi samochodami i w żadnym nie było ręcznej skrzyni. Specjalnie popatrzyłem też na uniwersyteckim parkingu na samochody studentów -- wszędzie automatyczna. To samo w ogłoszeniach o sprzedaży używanych wozów. Kiedy pytałem o to Andrewa i innych Amerykanów, powiedzieli mi, że 99.9% samochodów w USA ma automat. Uważają, że tak jest prościej. Fakt, są tylko 2 pedały -- gaz i hamulec, a dźwignia ma następujące położenia -- postój, wsteczny, zwykła jazda, jazda w górach z pełnym obciążeniem. I to wszystko. Wsiadasz, włączasz bieg "do przodu", wciskasz gaz i auto rusza. Co prawda z takim przyspieszeniem, jakby ruszać z dwójki w zwykłej skrzyni. Prędkością, zatrzymywaniem i ruszaniem steruje się od tej pory wyłącznie pedałami gazu i hamulca. Przyjeżdżasz na miejsce, wrzucasz bieg postojowy i koniec. Amerykanie uważają to rozwiązanie za oczywiste, wygodne i łatwe w użyciu. Europejczycy w większości nie lubią automatów, gdyż nie można tak łatwo poszaleć, albo np. zredukować biegu przy wyprzedzaniu dla osiągnięcia większego przyspieszenia. Jednak mi się to bardzo podoba, bo jestem leniwy, a poza tym nierewelacyjny ze mnie kierowca, więc w przyszłości też kupię sobie samochód z automatyczną skrzynią. Większość Polaków, którym to mówię, uważają, że automat jest dla dupków, dla ciućków, dla homoseksualistów itp. Ja uważam, że to po prostu kwestia gustu. Nie jestem dobrym kierowcą i wolę samochód o prostszej obsłudze.

Często spotykanym udogodnieniem jest też blokada prędkości. Rozpędzasz się do pożądanej szybkości -- np. do 60 mph i wtedy wciskasz odpowiedni przycisk na kierownicy. Od tego momentu jeśli jedziesz np. na autostradzie, możesz położyć nogi na kierownicy. Nie trzeba wciskać gazu, samochód sam utrzymuje prędkość. Jeśli przyhamujemy, to sam się potem rozpędza z powrotem do ustawionej wcześniej prędkości. Z kolei jeśli np. jechaliśmy z góry, automatyczne hamowanie silnikiem nie wystarczyło i rozpędziliśmy się, to -- gdy już znajdziemy się na prostej drodze -- samochód zwalnia z powrotem do 60 mil na godzinę.

Jeszcze jedna "automatyczna", często spotykana rzecz to samozapinające się pasy bezpieczeństwa. Kiedy włączy się bieg "do przodu", to pasy zsuwają się po specjalnych szynach w suficie i zatrzaskują. Po wrzuceniu biegu postojowego -- otwierają się. W wielu samochodach jest też ABS, a nawet aktywne zawieszenie. To tyle o samochodach. Nie znam się na nich, więc moje uwagi pisane były z pozycji laika.

Kiedy Andrew dowiedział się, że poprzedniego dnia wybraliśmy się pieszo do miasta, to aż zaniemówił. Pisałem już poprzednio o tym, jak nienormalne jest chodzenie w USA. Myślę, że amerykański kierowca jest nie mniej zdumiony widząc na ulicy pieszego, niż byłby polski kierowca, widzący osobę, idącą nago po ulicy. Każdy przejeżdżający gapi się jak zahipnotyzowany, nawet gdy już wyprzedzi człowieka, to jeszcze odwraca głowę. Andrew powiedział nam, że to dziwne, że nie zatrzymała nas policja. Pewnie dlatego, że prawie od razu zabrali nas Jinksowie. Policjanci mogli się nami zainteresować, myśląc, że popsuł nam się samochód, albo po prostu dlatego, że stwarzamy niebezpieczeństwo na drodze, odwracając uwagę kierowców. Ale jest jeszcze lepszy numer. Dowiedzieliśmy się od naszego rodaka, że groziło nam o wiele poważniejsze niebezpieczeństwo, z mianowicie, że jakieś naćpane małolaty, jadące na imprezę urządzą sobie małą zabawę w strzelanego. Rzadko bowiem można spotkać na drodze takie świetne ruchome cele. Nie mogliśmy w to uwierzyć, ale po wypytaniu innych ludzi okazało się, że to prawda. W czasie, gdy tam byliśmy groźba ta była tym bardziej realna, że akurat miasteczko było wstrząśnięte zbrodnią, popełnioną przez autostopowicza, a więc przez takiego samego typka, jak my, który włóczy się po drodze i szuka zaczepki. Otóż zabrała go rodzina -- mąż, żona i trójka dzieci. Po dojechaniu na miejsce zastrzelił na pożegnanie wszystkie pięć osób. Był to dodatkowy powód dla mieszkańców Tyler, aby nie mieć zaufania do kreatur, łażących nie wiadomo po co po ulicy.

Andrew powiedział nam jeszcze wiele ciekawych rzeczy, które przypomniały nam i na nowo uświadomiły, że jesteśmy w Stanach. Przykładowo niewskazane (delikatnie mówiąc) było dla Białych pojawianie się w środkowo-północnej części miasta, w dzielnicy zamieszkanej przez Czarnych i Meksykanów. A już broń Boże w nocy. Byłoby to proszenie się -- w najlepszym przypadku -- o kalectwo, nie mówiąc oczywiście o utracie wszystkiego, co mielibyśmy przy sobie. Widziałem już wcześniej takie miejsce w Nowym Jorku , więc nie miałem powodów, by nie wierzyć Andrew. Wyobraźcie sobie, że w 75-cio tysięcznym Tyler prawie codziennie zdarza się morderstwo, albo nawet dwa w pojedynkach gangów murzyńskich z meksykańskimi. Wolałem nie przekonywać się, czy mówi prawdę, dlatego ani ja, ani pozostali nie prosiliśmy go o mały rekonesans na północy Tyler, chociaż gdzieś w głębi korciło nas to.

Innym środkiem bezpieczeństwa, który należy zachować, to jazda w mieście z obowiązkowo zamkniętymi oknami i zablokowanymi drzwiami. Zdarza się, że gdy stoi się na czerwonym świetle na skrzyżowaniu, nagle dopada do wozu jakiś typek (zazwyczaj Czarny, albo Mex -- tak pogardliwie nazywa się Meksykanów), otwiera drzwi jednym szarpnięciem i albo wyszarpuje co mu się pierwsze nawinie, albo nawet wskakuje do środka i terroryzując nożem wymusza okup. Może słyszeliście -- niedawno głośno było o dzieciach , które zostały w USA porwane przez takiego właśnie gościa, który wskoczył do auta na czerwonym świetle. Oczywiście, nie jest tak, że na każdym skrzyżowaniu czai się banda Czarnych i Chicanos (to znowu pogardliwe słowo na Meksykanów), gotowa do skoku na każdy przejeżdżający wóz. Jednak przezorny zawsze ubezpieczony, a od czasu do czasu widać było jakichś podejrzanych dziwaków na skrzyżowaniach. To właśnie jest ta ciemna strona Ameryki. Co powiecie na gostka, który wpada do knajpy, wyciąga spluwę, zabija czterech ludzi i wychodzi sobie? Albo na to, że nauczyciel w szkole publicznej zarabia dwa razy tyle, co w prywatnej ze względu na niebezpieczne warunki pracy. Po prostu do szkół publicznych chodzą głównie uczniowie biedniejsi i kolorowi, czyli z marginesu społecznego. Szkoły takie często opanowane są przez gangi handlarzy narkotyków. Bijatyki z użyciem noży są na porządku dziennym. Bardzo wielu uczniów nosi przy sobie broń palną i jeśli im się coś nie podoba u innych uczniów, czy u nauczycieli, to nie myślą wiele, zanim ją wyciągną. Władze największej publicznej szkoły w Tyler były szczęśliwe, gdyż od początku roku do końca czerwca nie było w szkole ofiar śmiertelnych. Byli tylko ciężko ranni. Co za szczęście!


OKOLICE

No, ale są też przecież przyjemniejsze rzeczy. Andrew był stale do naszej dyspozycji. Mogliśmy jeździć gdzie chcieliśmy i jak długo chcieliśmy. I to nie tylko na terenie miasta, ale i całego hrabstwa, a nawet dalej. Czarnecki zaproponował nam, że by wybrać się na przejażdżkę po okolicy. W Teksasie przez okolicę rozumie się promień około 50 mil (mniej więcej 90 km), gdyż zaludnienie nie jest tak gęste, jak w Polsce i odległości pomiędzy miastami są większe. Umówiliśmy się więc na wyjazd następnego dnia do miasta Longview i kilku innych mniejszych, a także do maleńkiej miejscowości Gladewater, gdzie znajduje się świetny sklep indiański. Tego samego dnia pojechaliśmy tylko na zakupy do Tyler.

Ach, jak przyjemnie być niezależnym od czyjejś uprzejmości i mieć wreszcie własny wóz! W dodatku Andrew wiedział, gdzie znajdują się ciekawe sklepy, gdzie jest najtaniej, gdzie szukać konkretnych towarów, a poza tym gdy przybyliśmy do jakiegoś sklepu, to mogliśmy bez skrępowania łazić tam tak długo, jak tylko chcieliśmy. Tak, jak było umówione, następnego dnia pojechaliśmy na rekonesans po okolicy. Kiedy tak jechaliśmy, to miałem wrażenie, jakbym cofnął się o kilkadziesiąt lat. W pobliżu Tyler znajduje się bardzo dużo maleńkich miejscowości, ot takich po kilkaset mieszkańców. Wyglądają one niemal jak z westernów -- jedna uliczka i niskie domki i sklepiki z balustradami wzdłuż niej. Niektóre domy pochodzą jeszcze z okresu "dzikozachodowego" -- są zbudowane z charakterystycznych, poziomo kładzionych desek i wyglądają i-de-al-nie jak z filmu. Niesamowite wrażenie. Jedyna różnica między tymi, a filmowymi miasteczkami jest taka, że nie widać koni poprzywiązywanych do balustrad przed sklepami, a stoją tam tylko samochody.

Warto teraz wspomnieć o wielkiej manii Teksańczyków, a mianowicie o tzw. starociach ("antiques"). Otóż bardzo wielu z nich opętana jest żądzą gromadzenia "historycznych" pamiątek. Ponieważ zaś cała historia USA to zaledwie 200 lat, zatem dla Amerykanów "antykiem" jest wszystko, co jest starsze niż powiedzmy 50 lat. W związku z tą pasją na wolnym rynku musi oczywiście zaistnieć odpowiednia podaż. Podaż ta istnieje właśnie w takich małych miasteczkach. Żyją one praktycznie wyłącznie z antyków. Takie miasto to właściwie stacja benzynowa z MacDonaldem, czy innym Burger Kingiem, sklep spożywczy, a cała reszta to już mniejsze, czy większe sklepiki i sklepy z antykami (nie będę już używał przy tym słowie cudzysłowu, chociaż powinienem). Opowiem wam, jak wygląda typowy sklep z antykami na przykładzie jednego z nich, który odwiedziliśmy w mieścinie zwanej Gladewater (jedna ulica, i to nawet nie na krzyż). Otóż jest to po prostu jedna sala, wielkości około 10 na 10 metrów, która cała zawalona jest bezładnie porozmieszczanymi antykami. A te antyki to: stare, porozwalane i poobdrapywane meble, często bez drzwiczek, czy bez szuflad, z porozbijanymi lustrami itp. Dalej -- różnorakie stare zabawki, typu lalka bez głowy, miś pluszowy z k tórego sypią się trociny, jakieś popsute samochodziki na sprężynę, zegarki bez wskazówek, podarte ubrania, zardzewiałe bańki na mleko, konie na biegunach z oderwanymi biegunami itd. Oprócz tego masa starych plakatów, pocztówek, reklam, książek, gazet. Co tam jeszcze -- acha, połamane skrzynki sprzed 70 lat po Coca-Coli i Dr. Pepperze, szklane butelki po Pepsi-Coli i metalowe kapsle od nich (chyba na wagę?). A co? Szklana butelka to już antyk! A tak po prostu sklep z antykami to nic innego, jak zwykła graciarnia, gdzie zebrano cały szmelc w wieku 50-100 lat z okolicy. Jeśli chcecie poczuć się jak w teksańskim sklepiku z antykami, to wybierzcie się do krewnych na wieś i wejdźcie na strych. Nie ma prawie żadnej różnicy. Sklepy z antykami w małym miasteczku dalekie są od nowoczesności i elegancji supermarketów. Panuje w nich wiecznie artystyczny nieład. Nie ma tam tłumów, jest cicho i spokojnie, można godzinami gadać z właścicielem, ma się odczucie swoistej domowości. Sklepiki te są na swój kiczowaty sposób bardzo nastrojowe. To ma swój czar -- pogrzebać w tym całym ustrojstwie. Jest to podobne uczucie, jak myszkować po starym strychu z tysiącami skarbów we wszystkich zakamarkach. Ten sklepik w Gladewater, do którego zaszliśmy (jeden z sześciu w mieścinie, której koniec widać, gdy się stanie na jej początku), był własnością małżeństwa Indian. Oprócz typowego sklepu z antykami była tam też osobna sala z "Indian stuff", czyl i mówiąc obrazowo z indiańskim ustrojstwem, które zresztą właściciele sami wyrabiali. Tak, to było naprawdę niezłe -- indiańskie skórzane stroje z frędzelkami, maski, totemy, czarodziejskie amulety i naszyjniki, ozdoby z piór, kości, kamieni, włosów i kłów zwierzęcych, fajki, dzidy, łuki, strzały, biżuteria indiańska, woreczki na "leki". Świetne! Tylko, że raczej drogie większość rzeczy kosztowała ponad $100. Najtańszy naszyjnik -- wygładzony przez wodę kamyk na rzemieniu kosztował $10. Indianie byli bardzo mili -- mimo, iż nie zanosiło się na to, że coś kupimy, pokazywali nam wszystko, opowiadali, mogliśmy wszystko przymierzyć i wypróbować. Kiedy odchodziliśmy, serdecznie nas pożegnali i każdy otrzymał podarunek -- Sławek i Baśka dostali woreczki na leki ze świetnej, miękkiej skóry, Aśka -- wspaniałe kolczyki indiańskie z piór sowy, a ja -- magiczny naszyjnik z końskiego włosia i skóry, tzw. "dream catcher", czyli "łapacz snów", który odpędza złe sny, a przyciąga dobre i daje właścicielowi potęgę rumaka, z którego włosia został wykonany. Wspaniali ludzie.

Akurat kiedy wyszliśmy ze sklepiku, rozszalała się burza. W Teksasie rzadko pada, więc jest to godne wzmianki. Przez półtora miesiąca pobytu deszcz padał dwa razy. Pada bardzo rzadko, ale za to bardzo intensywnie. Na kilkanaście minut drogi zamieniają się w rzeki. Zanim dobiegliśmy do odległego o kilkanaście metrów samochodu, byliśmy cali mokrzy. Deszcz przychodzi momentalnie, a potem również w jednej chwili odchodzi, tak, że po 20 minutach było już po burzy.

Potem byliśmy jeszcze w Longview -- miasteczku około 20 tysięcy mieszkańców i w kilku innych okolicznych miejscowościach. Bardzo przyjemna okolica. Wszędzie bardzo płasko -- góry zaczynają się dopiero w zachodnim Teksasie, a my byliśmy we wschodn im. Krajobraz -- trawa, trawa, trawa... Wszędzie trawa. Co prawda bardzo marna, bo ziemia jest strasznie sucha i kiepska. Wygląda całkiem jak glina -- ma kolor czerwony jak cegła i w ręce rozsypuje się w pył. Nie ma żadnej spoistości. Nic dziwnego, że ta trawka taka księżycowa. Jeśli ktoś chce mieć ładną murawę przed domem, to koniecznie musi zamontować stałą instalację nawadniającą. Takie coś mieliśmy właśnie na campusie -- cały dzień spryskuje wodą trawkę, która zresztą nie rośnie w tej ceglastej glebie, a jest "przenośną trawą". Są to kwadratowe płaty trawy, zakorzenionej w porządnej glebie ogrodowej, które układa jak posadzkę, czy parkiet. Jeśli trzeba np. wykonać jakieś prace wodociągowe, czy coś w tym rodzaju, to trawkę się zdejmuje, a potem układa na nowo i nawet nie widać, gdzie było kopane. Pomyślałem sobie, że w ten sposób można by zrobić fajną pułapkę -- wykopać dół i poukładać trawę...

Od tego czasu codziennie widzieliśmy się z Andrew Czarneckim, to pojechaliśmy do jakiegoś sklepu, to do knajpy, to coś obejrzeć. Samochód rulez!

następny odcinek...