...poprzedni odcinek


WYPRAWA DO TEKSASU
WYCIECZKA DO DALLAS

Rano spotkaliśmy się koło office'u z dr Stevem Lefevrem, z dr Stefanową, z naszymi kumplami z Węgier i Bułgarii, no i oczywiście z Andrew Czarneckim. Plan był taki, że dr Lefevre pojedzie pierwszy i będzie pokazywał drogę, a my za nim. No więc ruszyliśmy. Fotokomórka otworzyła bramę campusu, Lefevre wyjechał, a za nim od razu wtryniła się Stefanowa. Andrew jakoś od samego początku za nią nie przepadał, ale teraz się wściekł. Poprzedniego dnia miał okazję zobaczyć, jak kiepskim kierowcą jest ta kobieta i przeczuwał, że możemy mieć problemy przez to, że od Lefevra jesteśmy nią oddzieleni. Kiedy tylko wyjechaliśmy za miasto, Stefanowa od razu zaczęła zostawać w tyle za Lefevrem. Było to dla nas o tyle niebezpieczne, że jeśli powtryniałyby się pomiędzy nas jakieś samochody, to grupa uległaby rozbiciu. Pół biedy jeśli chodzi o dojechanie do Dallas, ale jak można sobie poradzić już w samym mieście nie znając drogi? No i oczywiście po chwili ktoś ją wyprzedził. Postanowiliśmy zatem zapobiec niebezpieczeństwu i wyprzedziliśmy ten samochód, później tę głupią kobietę i teraz trzymaliśmy się tuż za Lefevrem, a ona już nas nie obchodziła.

Szybko wyjechaliśmy na międzystanową autostradę nr 20, która miała nas doprowadzić już do samego Dallas. W USA jeździ się dość szybko, praktycznie nie schodzi się poniżej 130-140 km/h. Ale można sobie na to pozwolić na tak utrzymanej drodze. Na każdej międzystanowej autostradzie co rok wymieniana jest cała nawierzchnia. Nie jest to wbrew pozorom nadgorliwość. Gdyby tego nie robiono, to bardzo szybko trasa zostałaby kompletnie rozjeżdżona, gdyż ruch jest naprawdę ogromny. Bardzo dużą część tego ruchu robią trucki -- potężne osiemnasto-, albo dwudziestodwukołowe ciężarówki, które są podstawą transportu w Stanach. Truckami wozi się prawie wszystko, pociągi są bardzo mało używane. Pasażerskimi niemal nikt nie jeździ, wszyscy używają własnych samochodów lub -- na dalsze trasy -- samolotów, zaś towarowe też zostały wyparte przez znacznie wygodniejsze w użyciu, szybsze i mogące zajechać pod sam cel podróży ciężarówki. Pociąg jest naprawdę rzadkim widokiem na Południu Stanów. Nie widziałem w czasie swego pobytu ani jednego pasażerskiego i tylko jeden towarowy, ale za to porządny -- miał 6 lokomotyw i ze 2 mile długości, Andrew powiedział, że właśnie takie pociągi towarowe tu jeżdżą, jeśli w ogóle się pokażą. Jeszcze co do trucków -- jest ich naprawdę zatrzęsienie, chyba połowa samochodów na autostradzie to właśni one. Wyglądają naprawdę wspaniale -- potężna kabina z wysuniętym do przodu silnikiem, z tyłu wielka buda dla kierowcy, ogromne pionowe rury wydechowe, które wyglądają jak kominy i kilkunastometrowa naczepa. Wszystko błyszczące i efektownie pomalowane -- w różnego typy płomienie, błyskawice, drapieżne ptaki, lwy, gepardy itp. rzeczy, mające podkreślać prędkość, moc i potęgę wozów oraz męskość ich kierowców. Trucki jeżdżą strasznie szybko -- szybciej niż samochody osobowe. Po prostu kierowcom się spieszy, żeby zaoszczędzić czas, za co dostają dodatkowe premie. Z prędkością 130 km/h nie ma sensu się pchać na szybszy pas autostrady. Od razu usłyszymy ryk klaksonu trucka, głośny i przeraźliwy jak w lokomotywie, żądający od nas usunięcia się na bok. Jeśli nie jedziemy półciężarówką, a zwykłym samochodem osobowym (tak jak my z Andrew), to po chwili widać w bocznej szybie ogromne koła wyprzedzającego nas kolosa. Trucki przeciętnie jeżdżą gdzieś tak 150 km/h.

Jechać po takiej autostradzie to naprawdę przyjemność. Czuć, że jest się w USA. Pędzi się po drodze, wokół trawa aż po horyzont, stada bydła, pola bawełny, przed tobą zbiegające się na horyzoncie pasy drogi, raz po raz wyprzedza cię truck, z naprzeciwka też ciągnie ich szereg, w radiu muzyka country, przy drodze wielkie tablice reklamowe, na każdym zjeździe powiewają ogromne flagi USA i Teksasu na wysokich masztach, a wokoło pełno pomp naftowych nieustannie kiwających się w górę i w dół. Ten nastrój przypomina tzw. amerykańskie kino drogi. W pewnym momencie, gdzieś tak w połowie drogi zauważyliśmy, że na naszym pasie zagęszczenie samochodów dziwnie się zwiększyło, zaś tempo jazdy dziwnie się zmniejszyło. Jechaliśmy coraz wolniej i wolniej, w końcu osiągnęliśmy taką prędkość, że maszerujący pieszo człowiek by nas wyprzedził. No właśnie, wyglądało na to, że wpadliśmy w korek. Po chwili już kompletnie utknęliśmy i wszystkie samochody się zatrzymały. Nie mieliśmy pojęcia, co było przyczyną korka, gdyż sznur samochodów sięgał aż po horyzont. Co jakąś minutę posuwaliśmy się o kilkanaście metrów do przodu. W takim tempie zajechalibyśmy do Dallas za kilka dni. Co bardziej niecierpliwi i krewcy kierowcy zaczęli zjeżdżać po nasypie autostrady na prawo, gdzie równolegle ciągnęła się mniejsza, jednopasmowa jezdnia. Chcieli podjechać nią do przodu w nadziei, że "wyprzedzą" korek. Takich mądrych było jednak na tyle wielu, że rychło z jednego korka zrobiły się dwa i teraz nawet ktoś, kto przebywał tylko jakiś lokalny dystans po tej równoległej drodze, został zablokowany na amen przez samochody z autostrady, które tam wjechały. Za moment nadleciał helikopter, który na autostradach międzystanowych jest na normalnym wyposażeniu policji drogowej i pełni patrole, wypatrując korków. Co bowiem mogłaby zrobić policja w sprawie rozładowania korka, jeśli używałaby samochodu i sama utknęła wraz z innymi? Helikopter nadleciał zza nas i poleciał na początek korka. Widzieliśmy, że gdzieś tam daleko w przodzie lądował. Wreszcie posuwając się w ślimaczym tempie zobaczyliśmy miejsce, przed którym korek się zatrzymał. Stąd samochody po jedynczo były przepuszczane przez policję dalej. W czasie tego posuwania ta głupia Stefanowa, która jak pamiętacie jechała za nami, skusiła się na wjechanie na drugi -- szybszy pas, który chwilowo był mniej zatłoczony. Wyprzedziła nas, ale potem zatkała się na amen, chciała wrócić na nasz pas, ale dała się wykiwać i ze dwa samochody wepchnęły się pomiędzy nas, a nią. Kiedy byliśmy już blisko policji, zobaczyliśmy stojący helikopter i kilka radiowozów obok trucka z porysowaną i pogniecioną blachą pokrywy silnika i coś, co chyba kiedyś było samochodem, a teraz tkwiło wbite w przegrodę między pasmami autostrady. Był to sprasowany do grubości 50 centymetrów blok żelastwa, który -- sądząc po wyglądzie i wielkości -- stanowił niegdyś budulec sporej terenowej półciężarówki. Próbowaliśmy zagadnąć policjantów kierujących ruchem, kiedy z prędkością 5 km/h obok nich przejeżdżaliśmy, ale powiedzieli tylko "Move, move!", czyli coś w rodzaju "Dalej, ruszać się!". Nie chcieli nam nic powiedzieć, ale było oczywiste, że truck zderzył się z tym samochodem i przygwoździł go w pełnej prędkości do betonowej przegrody pomiędzy przeciwnymi pasami ruchu autostrady. Trzeba przyznać, że wyglądało to straszliwie i od tego czasu już nie namawialiśmy Czarneckiego na jeżdżenie szybkim pasem ruchu, czyli tym, którym poruszają się trucki.

Wydostaliśmy się wreszcie na wolną część drogi i pojechaliśmy dalej. Stefanowa jakimś fuksem do nas dobiła i znowu jechaliśmy razem w cztery samochody. W pewnym momencie ujrzałem coś, co wydało mi się nieco dziwaczne. Było to duże stado zwierząt na pastwisku, ale zwierzętami tymi nie było typowe teksańskie bydło "longhorns", ale... wielbłądy, a ściśle rzec biorąc dromadery. Okazało się, że w Teksasie jest całkiem sporo wielbłądzich farm, gdzie hoduje się te zwierzęta dla wełny i dla mięsa. Gdy zobaczyłem wielbłądzią farmę, to nie zdziwił mnie później widok stad innych ciekawych zwierząt, a mianowicie strusi, które to również są na Południu bardzo popularne. Ich mięso jest bardzo drogie w eleganckich restauracjach, a z piór robi się wiele pożytecznych rzeczy. Jak przejrzycie artykuł "American Adverts" to znajdziecie trochę ciekawych ogłoszeń, które z pewnością was zainteresują, jeśli macie zamiar założyć hodowlę tych ptaków.

Tak to wreszcie z 45 minutowym opóźnieniem dotarliśmy do tablicy z napisem "DALLAS". Po wjechaniu do miasta nadal jechaliśmy nadal 130 km/h tą samą autostradą nr 20, która przechodzi przez całe Dallas. Od tej chwili należało bardzo uważać i trzymać się Lefevra, gdyż jeśli np. przegapilibyśmy odpowiedni zjazd z autostrady, to nie byłoby możliwości tam wrócić, kolejny zjazd byłby z milę dalej i już raczej byśmy się nie spotkali tego dnia z resztą ludzi. Ruch samochodowy i komplikacja dróg są wprost niesamowite. Teraz dopiero porządnie zobaczyłem wielkie miasto od wewnątrz, gdyż w Nowym Jorku widziałem z okien autobusu tylko slumsy, a potem jeszcze Nowy Jork i Dallas z lotu ptaka, ale nie bezpośrednio.

Miasto jest wprost ogromne, sprawia przygniatające w rażenie. Kiedy jedzie się jeszcze przedmieściami, to na horyzoncie widać zarys centrum wypełnionego drapaczami chmur. Cały czas jedzie się autostradą, która ma w mieście po osiem pasów w każdą stronę, musieliśmy więc naprawdę uważać, żeby nie zgubić naszego przewodnika. Przejeżdża się przez potężne napowietrzne skrzyżowania dróg, które w najdziwniejszy sposób wiją się i przeplatają. Trzeba naprawdę mieć refleks i niezły łeb, żeby się w tym wszystkim orientować i w takiej pięciopoziomowej plątaninie dróg na skrzyżowaniu wybrać właściwy kierunek. Długie odcinki autostrady prowadzą nie po ziemi, a ułożone są na słupach. Jeśli np. pomyli się drogę i nie wjedzie się na takie powietrzne odgałęzienie, to można jechać 5 mil dołem wzdłuż drogi, którą chcieliśmy jechać i nie mieć możliwości dotarcia tam. Naprawdę, dopiero teraz zobaczyłem, co to jest ruch samochodowy. Ruch w Warszawie w porównaniu z tym to trasa dla rowerzystów.

Kiedy wjedzie się do centrum, to ma się wrażenie, że poruszamy się na dnie ogromnego wąwozu. Niebotyczne drapacze chmur przesłaniają prawie zupełnie niebo i wokoło widać jedynie szkło i lustrzane szyby, którymi powykładane są powierzchnie tych budowli, oraz setki i tysiące świetlnych reklam i ruchomych neonów, które nawet w dzień są nieźle widoczne.

Poruszając się w tej miejskiej dżungli dotarliśmy do pierwszego miejsca, które mieliśmy obejrzeć. Był to mianowicie największy w Dallas luksusowy dom towarowy "Galleria". Celowo używam słowa "dom towarowy", nie był to bowiem zwykły supermarket, a zgromadzone pod jednym dachem na gigantycznej powierzchni na czterech piętrach najróżniejsze mniejsze, większe i ogromne sklepy -- zazwyczaj dość drogie, i bardzo eleganckie. Zwie się to "shopping-center". W wielkim mieście nie ma tyle powierzchni, co w Tyler, żeby każdy jeden sklep fundował sobie wielki parking przed swym budynkiem. Zamiast tego są parkingi piętrowe, które czasem mają po kilkanaście kondygnacji w górę i kilka w dół. Kiedy wjechaliśmy do parkingu, to trzeba było jechać prawie na samą górę, żeby znaleźć wolne miejsce, gdyż na dole wszystko było zajęte. To naprawdę śmieszne wrażenie -- jeździć samochodem po budynku, w dodatku cały czas skręcając, wjeżdżając na podjazdy i przeciskając się przez wąskie korytarze. Ma się wrażenie, jakby si ę podróżowało po labiryncie w grze RPG, a zaraz zza rogu wyskoczy jakiś dziwny stwór. Parkingi piętrowe, które widziałem w Dallas są o wiele wyższe od tych, które można zobaczyć w większych miastach w Polsce, więc jeśliby ktoś nie wiedział, że to parkingi, to wyglądałoby to dla niego, jakby w Dallas samochody parkowały całymi tabu nami na dachach domów, gdyż wozy wjeżdżają aż na sam szczyt parkingów.

Kiedy wyszliśmy wreszcie we wnętrzu parkingu z klimatyzowanych samochodów, stwierdziliśmy, że powietrze nie jest zbyt przyjemne -- nie dość, że upał taki, że wściec się można, to jeszcze do tego zapach spalin, samochodów i rozgrzanych plam oleju nie stwarzał w budynku parkingu przyjemnego nastroju. Czym prędzej poszliśmy do windy, pojechaliśmy trochę wyżej i wysiedliśmy już w rześkim klimatyzowanym powietrzu korytarza prowadzącego do jednej z kondygnacji centrum handlowego "Galleria". No, muszę przyznać, że gdy tam wszedłem, to wrażenie było przygniatające. Ogromna, ogromna, ogromna hala, przykryta przezroczystą kopułą, przez którą widać strzelające wokół w niebo drapacze chmur o lustrzanych powierzchniach, odbijające się w sobie nawzajem.

"Galleria" nie przez przypadek tak się nazywa, gdyż każda z czterech kondygnacji wygląda następująco -- wokoło wzdłuż ścian powierzchnie sklepów, a w środku wielka dziura od ziemi aż po sklepienia. Po prostu jakby wziąć dom z normalnymi, oddzielnymi piętrami, a potem na środku podłogi każdego z pięter wyciąć owalną dziurę dokładnie w tym samym miejscu na każdym piętrze, pozostawiając pas podłogi wzdłuż ścian. W związku z taką konstrukcją przebywając na jednym piętrze można było przynajmniej fragmentarycznie zobaczyć, co dzieje się na innych kondygnacjach.

W "Gallerii" znajduje się 61 sklepów z odzieżą, w większości należących do najznamienitszych domów mody na świecie. Wśród tych sklepów można znaleźć najróżniejsze -- z ubraniami dla kobiet, dla mężczyzn, dla dzieci, dla kobiet w ciąży a nawet dla kobiet o "nietypowych" rozmiarach, które w USA są właśnie raczej typowe. Potem mamy 6 sklepów z antykami , ale nie są to takie graciarnie, które poprzednio opisywałem. Tu kupuje się najelegantsze meble, obrazy, szkło, srebra, porcelanę itp. Dalej jest 17 księgarni i sklepów pamiątkowych, 9 sklepów z kosmetykami, 2 tytoniowe, 4 optyczne, 11 elektronicznych ( sprzęt grający itp.), 8 jubilerskich, 8 z artykułami skórzanymi, jak torby, walizki, portfele itp., 7 muzycznych, 17 obuwniczych, 5 sportowych, 3 zabawkowe, 30 restauracji. Oprócz tego kilkadziesiąt innych sklepów, nie podpadających pod te kategorie -- komputerowe, wędkarskie, salony samochodowe i inne. Razem ponad 200 sklepów, z których większość na tyle duża, że je same można nazwać domami towarowymi. Oprócz tego mamy czterogwiazdkowy hotel z całą infrastrukturą, kilkadziesiąt zakładów typu salon piękności, fryzjer, fitness-center itp., a także kino z pięcioma salami projekcyjnymi, banki, komenda policji. Na dolnej kondygnacji na środku znajduje się wielki sztuczne lodowisko, na którym przygrywa muzyka i tabuny ludzi (głównie dzieci) jeżdżą cały czas na łyżwach. Wszystko razem jest pięknie urządzone, wszędzie wokół mnóstwo kwiatów, dywanów -- Francja-elegancja. Jeśli się tego nie widziało, to naprawdę trudno uwierzyć, że może istnieć tak gigantyczny sklep -- no bo w ostatecznym rachunku jest to po prostu sklep. Żeby wszędzie zajrzeć na chwilę, trzeba by chyba całego tygodnia.

Jedyne, co tam kupiłem to 4 widokówki z Dallas po $0.25 za sztukę i podwójnego Big Maca z dużymi frytkami i Coca-Colą za $2.45 w MacDonaldzie na lunch. To były całe moje zakupy w wielkiej "Gallerii", ale tam nie trzeba nic kupować, a wystarczy się poprzechadzać, żeby miło spędzić czas. Kiedy nadeszła umówiona godzina zebrania się, czyli 13.00, brakowało Iwana, na którego trzeba było czekać ze 20 minut, ale nie można go było zostawić, bo mogłoby z nim być krucho.

Z "Gallerii" pojechaliśmy do innej galerii, ale przez jedno "l", czyli do "Dallas Galery Of Art". Budynek galerii jest położony wśród fontann i sztucznych strumieni. Tutaj też umówiliśmy się na konkretną godzinę i każdy oglądał to, co go interesowało. W muzeum akurat odbywała się wystawa francuskiego impresjonizmu, więc można było zobaczyć wiele znanych obrazów takich artystów, jak van Gogh, Manet, Renoir, Degas, Cezanne, Gauguin. To naprawdę fajne zobaczyć na własne oczy to, co się widziało w książkach i telewizji.

Kolejną rzeczą, która bardzo mi się podobała był "dadaistyczny pokój". Było to mianowicie niewielkie pomieszczenie -- może 5 na 5 metrów. Nie było tam żadnego światła, a raczej -- nie było światła naturalnego. Podłoga była lustrzana, pod ścianami stały ławeczki. Co w tym dadaistycznego? A to, że wszystkie ściany od podłogi do sufitu pokryte były elektronicznymi wyświetlaczami w formie matryc z kolorowych diod (nie wiem, jak się to nazywa). Na każdej ścianie było gdzieś 10 niezależnych wyświetlaczy. Na wyświetlaczach tych zaś wyświetlało się cały czas nie co innego, jak znane wszystkim starym scenowcom scrolle. Zapewniam was, że wrażenie było świetne, gdyż scrolle miały niesamowicie jaskrawe, żarówiasto różowe, czerwone, zielone i żółte kolory i było to jedyne światło w pokoju. Światło było żarówiaste, ale przecież to właściwie nie oświetla w potocznym sensie tego słowa (jak białe światło słoneczne), a jedynie nadaje nienaturalny kolor wszystkiemu wokół. Tak więc w pokoju panował półmrok i wypełniała go nienaturalna poświata od tych scrolli. Można było od nich dostać kręćka, gdyż każdy leciał z inną prędkością, innym kolorem, innym fontem, inną wielkością fonta, a nawet kierunkiem -- niektóre scrolle leciały normalnie od prawej do lewej, inne od tyłu, czyli z lewej do prawej, jeszcze inne z dołu w górę całymi poziomymi liniami (To się chyba zwie horizontal scroll, nieprawdaż?). A pamiętajcie, że owe scrolle leciały na wszystkich ścianach, od podłogi po powałę. Już od tego można było dostać oczopląsu, a jak dodać, że te scrolle się często przenikały -- np. na jednym wyświetlaczu w tym samym obszarze w jedną stronę jechał scroll czerwony, a w drugą -- zielony i to z różnymi prędkościami. Wszystko to odbijało się jeszcze w lustrzanej podłodze i suficie, miało się więc wrażenie, że jest się pogrążonym w jakimś morzu nieziemskiego, rażącego, pulsującego światła. A co było treścią owych scrolli? Jak to, wy, scenowcy nie wiecie co się pisze w scrollach? Oczywiście były tam greetingsy, fucki, creditsy, przechwałki i inne tego typu rzeczy. A nie, pomyliło mi się! To było w jakimś przedpotopowym demku, bo o ile wiem (a nie wiem specjalnie, bo od 10 miesięcy jestem pececiarzem i mam ograniczony kontakt z Amigą), to w obecnych demach raczej nie stosuje się już takich "efektów". Otóż tak naprawdę treścią scrolli były wiersze dadaistyczne. Próbowałem je czytać, ale pomyślcie -- przed oczami feeria barw, w oczach się wszystko mieni, scroll leci z wielką prędkością, w tle inny scroll leci w drugą stronę odwracając uwagę, a wreszcie to, co się odczytuje i tak nie ma żadnej spójności gramatycznej, boć to i dadaizm w końcu. Poza tym teksty były we wszystkich możliwych językach -- po angielsku, niemiecku, francusku, włosku, hiszpańsku itd. Dobrym pomysłem były te ławeczki pod ścianą, bo jeśli się tam chwilę postało, to miało się takie zawroty głowy i kręćka od tego wszystkiego, że nie wiedziało się, gdzie góra, gdzie dół, gdzie prawo, a gdzie lewo i powstawało wrażenie jakby unosze nia się w powietrzu, jednocześnie zaś przykuwało to wzrok w zniewalający sposób, wręcz hipnotyzowało tak, że nie można było oderwać oczu. Gdyby jednak nie ławeczki, to długo by się nie powstało, a po prostu padłoby się na ziemię, albo i puściło pawia w świątyni sztuki. Paw jako wyraz upojenia sztuką, dobre. Spędziłem w tej salce 15 minut gapiąc się mętnym wzrokiem po ścianach, ale to naprawdę przykuwało. Kiedy stamtąd wyszedłem, to przez pół minuty chodziłem jak pijany, miałem wrażenie, jakbym wykonał z 20 obrotów wokół własnej osi. Podłoga pode mną zaczęła się przechylać coraz bardziej i już miałem glebnąć, ale wpadłem na ścianę i z jej pomocą powędrowałem do innej części muzeum.

Była to część z nowoczesną sztuką amerykańską. W to mi graj! Andy Warhol i jego Marylin Monroe, puszki z zupą Campbell's (pamiętajcie -- najlepsze fasolka to właśnie Campbell's) i te rzeczy. Kiedy jednak zobaczyłem obrazy Roya Liechtensteina, to po prostu szczena mi opadła. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, to mu pokrótce wyjaśnię. Otóż Liechtenstein tworzył głównie w latach 60-tych i 70-tych i jak większość amerykańskich twórców awangardowych tego okresu, należał do nurtu pop-artu. Pop-art polegał na tym, że dostrzegał sztukę w otaczającej nas codzienności, a szczególnie w przejawach konsumpcyjnej cywilizacji USA, wraz z jej masową kulturą. Liechtenstein wziął na tapetę tak nieodłączny element tej pop-kultury, jakim jest komiks. Jego obrazy to po prostu powiększone pojedyncze obrazki z komiksów, czasem przerysowywane, a czasem tworzone od podstaw pojedyncze kadry opowieści, które nie istniały jako całość. Widać, że są one powiększone, gdyż na obrazie wyraźnie widzimy, jak np. raster z niebieskich kropek na żółtym tle tworzy zieloną barwę. Oczywiście na powiększeniu raster to już właściwie wzorek ze sporych kółek. Liechtenstein używał tylko trzech barw podstawowych, czarnego i białego w swych dziełach, co w połączeniu z toporną komiksową kreską i wspomnianymi rastrami daje wrażenie wielkiej prostoty i uproszczenia wizji świata komiksu.

Najlepsza jednak jest treść tych obrazów. Kiedy wyrwiemy obrazek komiksowy z kontekstu, powiększymy go i uczynimy samoistnym dziełem, to nabiera on całkiem innego znaczenia, niektórymi można się upajać godzinami. Weźmy na przykład taki obraz: cały czarny, tylko na środku powiększony zarys dziurki od klucza, za tą dziurką widać oko faceta, który zagląda przez nią do pokoju. My widzimy to właśnie jakby z wnętrza tego pokoju. Facet mówi (jest to oczywiście -- jak to w komiksie -- wyrażone dymkiem): "I can see the whole room and there is nobody in it." (taki też jest tytuł dzieła), czyli: "Widzę cały pokój i nikogo w nim nie ma." Nie będę się tu rozwodził nad jakimiś interpretacjami. Tu trzeba po prostu poczuć bluesa. Albo -- widać faceta ze szramą na twarzy, z kwadratową szczeną i nienawistnymi rysami twarzy, w mundurze i czapce hitlerowskiej marynarki wojennej. Facet patrzy przez peryskop, daje znak ręką i krzyczy: "Torpedo los!" (stąd tytuł filmu ). Albo -- widzimy żołnierza w okopach, przy swoim karabinie i komentarz: "Żołnierze nie spali już sześć dni, byli zmęczeni ale bronili się nadal." Albo -- zbliżenie ręki pilota myśliwca, wciskającego przycisk "fire" na swoim drążku i jego tekst: "Gdy pociągnąłem za spust, powietrze przecięła srebrzysta śmierć." I inny obraz "lotniczy" -- komiksowy wybuch samolotu trafionego rakietą. Tytuł dzieła taki sam, jak napisu wypełniającego jedną trzecią obrazu -- "WHOOOAAMPP!!!". Jak już jesteśmy przy onomatopejach, to mamy na przykład pędzący w tumanach kurzu samochód, czyli dzieło o tytule jak zwykle identycznym z podpisem na obrazku, czyli "VRROOOAAAM!". Liechtenstein bardzo lubił ekspresyjne obrazki z wybuchami, strzałami itp. na przykład "I wtedy działa plunęły ogniem.", czy "Takatakatak! Takatakatak!" -- jeśli ktoś się nie domyśla, to ten ostatni przedstawia ziejącą ogniem końcówkę lufy karabinu maszynowego, rozsiewającą wokół pociski. Tak się nad tym rozwodzę, ale estetyka komiksu to coś urzekającego -- mamy np. zbliżenie na gniewne, porażone wściekłością oczy i zmarszczone brwi i tekst właściciela tych oczu: "Co, skąd wiecie o moim śmiertelnym wynalazku?!", czy też słodka panienka odkrzykuje przez zamknięte drzwi: "Nie mamo, nie zejdę na kolację, bo jestem zmęczona!".

Chciałem sobie kupić w sklepiku z pamiątkami w muzeum album Liechtensteina, mieli aż 3 różne, ale we wszystkich dominowały reprodukcje jego dzieł z okresu fascynacji kubizmem, a najtańszy kosztował $22. Kubizm to ja wolę obejrzeć w wykonaniu jego prekursorów i mistrzów, a w albumie Liechtensteina wolałbym obejrzeć to, w czym on był mistrzem, czyli komiksowe obrazki, więc albumu nie kupiłem. Cały czas w muzeum poświęciłem wyłącznie impresjonistom, sali ze scrollami i Liechtensteinowi, ale lepiej porządnie obejrzeć jedną rzecz, niż przelecieć jak meteor przez kilkadziesiąt sal, nic stamtąd nie wynosząc (nie mówię o wynoszeniu w sensie dosłownym).

Zbliżała się pora obiadowa, więc trzeba było o czymś pomyśleć. Niezrównany dr Steve Lefevre miał już wcześniej plan -- idziemy na obiad do "Hard Rock Cafe", czyli "Self-motivating, non-nuclear powered memorabilia tour of the worlds foremost rock-n-roll museum" -- rokendrolowej knajpy, a jednocześnie muzeum rocka i pamiątek po jego gwiazdach. Pojechaliśmy tam nie samochodami, a zabytkowym tramwajem sprzed 100 lat, tłukącym się po swych torach. Bardzo miła przejażdżka -- można obejrzeć centrum Dallas z bliska. Oczywiście Iwan się jak zwykle spóźnił i dr Lefevre musiał na niego czekać i dojechali późniejszym kursem tramwaju. Knajpa jest naprawdę odlotowa -- dwupoziomowa, z balustradą na górze, całkiem jak w saloonie. Na dole mamy scenę, na której często występuje ktoś na żywo. Wszystko wokół jest poozdabiane w "muzyczny" sposób -- wszędzie motywy rockowe, jak gitary porozwieszane na całej długości balustrady itp., a całą jedną ścianę stanowi ogromny witraż z Elvisem Presleyem. Przez głośniki cały czas atakuje nasze uszy ogłuszająca muzyka rockowa. Wszędzie, dosłownie wszędzie porozmieszczane są największe atrakcje tej knajpy-muzeum, a mianowicie różne ciekawe rzeczy związane z największymi twórcami muzyki pop. Nie ma sensu, żebym opisywał, co tam jest, wystarczy że powiem, iż w przewodniku spis tego wszystkiego zajmuje 12 stron drobnym drukiem. Wszystko to zgrabnie wkomponowane pośród stolików, na ścianach, i w licznych zakamarkach restauracji. Zgromadzone pamiątki to takie rzeczy jak: ubrania artystów, ich biżuteria, złote płyty, ich ulubione instrumenty, odręczne notatki, psychodeliczne plakaty muzyczne z dawnych lat 60-tych i 70-tych, mnóstwo zdjęć, portretów, różnorakich przedmiotów i gadżetów, należących niegdyś do wykonawców, a także różnorakie dziwactwa. Weźmy na przykład zespół The Beatles. Mamy tu: parę butów, kubek i termos, słuchawki, reklamujący płytę "Yellow Submarine" termosik, specjalne podstawki pod single Beatlesów, kostiumy Beatlesów na Halloween, harmonijkę Beatlesów, zapieczętowaną taśmę 8-ścieżkową z nagraniem "A Hard Day's Night", karty do gry Beatlesów, gumę do żucia Beatlesów, spray do włosów Beatlesów, zabawkowe gitary w różnych wielkościach, zabawkowy bęben Ringo Starra, poduszki Beatlesów, zielnik, zestaw kasetek z 2-ścieżkowymi nagraniami Beatlesów, karnawałowe wieszaki do szafy, portmonetki Beatlesów, ich ołówki, bar do lodów, zestaw naczyń do herbaty, pasy i sprzączki, złote single za "Let It Be", "I Wanna Hold Your Hand" bilet na ich ostatni występ w USA w 1966 r., kostium typu Hare Kriszna, należący do George Harrisona, skórzana kurtka Johna Lennona, szafa grająca z zestawem singli Beatlesów, pamiątki po "Beatlemanii", jak lalki Beatlesów z "prawdziwymi włosami", farby wodne "Yellow Submarine" z różnymi odcieniami żółtego koloru, modele żółtej łodzi podwodnej, żółta trąbka, składane modele Beatlesów do samodzielnego sklejenia i malowania, i masa innych, wiele jeszcze nie rozpakowanych z oryginalnego opakowania. To byli tylko Beatlesi, a mamy jeszcze pełno pamiątek po takich artystach, jak Jimmi Hendrix (np. jego gitary), Rolling Stones, Jim Morrison i The Doors, Elvis Presley, The Who, Bob Dylan, Elton John, Led Zeppelin, Janis Joplin i całej furze innych mniej lub bardziej znanych, starszych lub bardziej współczesnych muzykach. Ci, których wymieniłem powyżej to bardzo znani wykonawcy i ilość pamiątek po nich jest również imponująca.

Do Hard Rock Cafe można by przyjść na cały dzień tylko po to, żeby chodzić po całej knajpie, jej licznych zakamarkach i oglądać to wszystko, ale nie samą sztuką człowiek żyje i trzeba coś zjeść. Tutaj nie musieliśmy być oszczędni, gdyż jedliśmy na koszt uniwersytetu. Nic dziwnego, że wszyscy pozamawiali całe góry steków z frytkami i sałatką, vajitas, tacos, cheeseburgerów, hamburgerów, pizzy, piwa, Coli i czego się dało. To dopiero była wyżerka, chyba w życiu tyle nie zjadłem, ale wszystko było tak pyszne, nastrój knajpy i muzyki taki wspaniały, a zaplute karły kapitalizmu takie hojne, że nie można się było oprzeć i trzeba było siedzieć, a przecież nikt nie będzie siedział jak kołek -- w knajpie się je i nie ma w tym nic dziwnego. Po uczcie jeszcze przez jakiś czas wszyscy krążyli indywidualnie po Hard Rock Cafe, kontemplując zgromadzone muzyczne skarby. Poczciwy Steve miał naprawdę świetny pomysł, dokąd nas zaprowadzić na obiad.

Teraz znowu coś dla duszy. Wsiedliśmy do tramwaju, który znów zawiózł nas w okolice samego centrum. Stąd blisko było do filharmonii. Wydawało mi się, że nasze stroje niespecjalnie się tam nadają, ale Amerykanie mnie uspokoili -- tu nie ma takich strasznych rygorów, elegancki strój to jeśli masz długie spodnie i jakąkolwiek koszulę z kołnierzem. To wystarczy. Teraz przyznam się do tego, jaki to ze mnie troglodyta. Otóż wizyta w lustrzanym, nowoczesnym gmachu filharmonii w Dallas była zarazem moją pierwszą w życiu wizytą w filharmonii. Przypuszczam, że w tym momencie artykułu wszystkim znany i lubiany Dżi-Dżej... przepraszam -- Chaos, złapał się za głowę i zaczęły mu przez nią przechodzić myśli o moim barbarzyństwie i nieokrzesaniu. No trudno, lepiej późno niż wcale. W filharmonii akurat odbywał się cykl koncertów dzieł mistrzów wiedeńskich, zagłębiłem się w fotelu, zamknąłem oczy i upajałem się spokojnymi, kojącymi dźwiękami koncertu. Nie spałem, broń Boże! Po prostu nie jestem melomanem, który rozważa z osobna każdą usłyszaną nutę, wolę pozwolić muzyce, aby mnie zrelaksowała. Jeśli nie znam się na muzyce klasycznej, to nie będę się wysilał np. na pseudo-mądre komentarze, tylko po prostu posłucham. Tak też uczyniłem i godzinny koncercik bardzo przypadł mi d o gustu.

Wszystko to razem trochę trwało, dzień już trochę trwał i zaczynał powoli mieć się ku końcowi. Na godzinę przed zachodem słońca pojechaliśmy w miejsce, gdzie został w 1963 roku zastrzelono w zamachu prezydenta USA Johna Kennedy'ego, czyli na Dealey Plaza. Na własne oczy mogliśmy zobaczyć składnicę książek szkolnych, skąd z szóstego piętra padły strzały, ale też i pagórek Grassy Knoll, skąd strzelano wg innej teorii. Sprawa dotąd się nie wyjaśniła i może nigdy się nie wyjaśni, gdyż prawdopodobnie w sprawę zamieszana była CIA, której nie na rękę był reformatorski prezydent. Ta organizacja z pewnością będzie dobrze strzegła swych tajemnic. Słońce zaczynało się już obniżać, niebo było czyste i zapowiadał się piękny zachód Słońca. W związku z tym na koniec wycieczki postanowiliśmy obejrzeć sobie ów zachód słońca, a przy okazji panoramę Dallas. W tym celu trzeba było znaleźć się na szczycie Reunion Tower -- wieży widokowej, która stała się już symbolem Dallas. Było to niedaleko od Reunion Plaza i można było sobie pozwolić na przyjemność spaceru, gdyż nawet (!) były chodniki. No, no, w Tyler nie można by sobie pozwolić na taki luksus. Minęliśmy dworzec kolei "Amtrack" i doszliśmy do wieży. Nie jest ona tak wysoka, jak np. wieża Eiffel'a, ale i tak główna kolumna wieży ma 200 metrów wysokości, a na szczycie tej kolumny umieszczono szklano-lustrzano-świetlną kulę o średnicy 40 metrów. Razem 240 m. Tyz piknie. Jak to zwykle w tego typu obiektach, na samej górze znajduje się restauracja i drink bar, a w połowie kuli mamy taras widokowy, biegnący wokół całego jej obwodu. Widać stamtąd dużą część miasta, ale i tak część pozostaje za horyzontem. W każdym razie w polu widzenia jak okiem sięgnąć jest wokoło tylko wielkie morze strzelających w niebo błyszczących drapaczy chmur, parkingów piętrowych, kopuł, no i oczywiście autostrad i ulic, wypełnionych świecącymi sznurami samochodów.

Kiedy czerwone słońce skryło się za horyzontem, zapadła ciemność i wtedy dopiero można było podziwiać wielkie miasto nocą, efektowne oświetlenie drapaczy chmur, reklamy świetlne, kratownica rozświetlonych ulic, chmary samolotów przylatujących na i odlatujących z czterech lotnisk Dallas. Kiedy tak tam stałem i patrzyłem, to pomyślałem sobie, że wszystko, co przeżywam i co widzę w USA jest tak inne i odległe od mojej rzeczywistości w Polsce, że równie dobrze to wszystko mogłoby się dziać na innej planecie. Wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że to wszystko co widzę, gdzie jestem to po prostu inny świat -- Another World. Czy rok temu mógłbym marzyć, że będę w Nowym Jorku, czy w Dallas, że będę stał na lotnisku LaGuardia i przed sobą widział Manhattan i Empire State Building? Wszystko to było dla mnie zawsze tylko jakimś obrazkiem, schematem wzrokowym, który zna się na pamięć, ale który traktuje się właśnie jak obrazek czegoś, co jest tak odległe i niedostępne, że tak naprawdę to nie wiadomo, czy to w ogóle istnieje. Pewne rzeczy dopiero teraz uświadamiam sobie tak naprawdę. Gdy byłem w Nowym Jorku, to po prostu tam byłem. Ot po prostu wsiadłem do samolotu w Warszawie, a wysiadłem w Nowym Jorku. Cóż prostszego. Teraz, gdy jestem znów w Polsce, w Jeleniej Górze, znów jest to dla mnie abstrakcja i sam sobie nie wierzę, gdy mówię sobie "Byłem w USA, byłem w Nowym Jorku, w Dallas, widziałem to wszystko, poznałem tych wszystkich ludzi." Wszystko to jest tak odmienne od moich codziennych doświadczeń, że myślę, iż moje wspomnienia i odczucia odnośnie tej całej podróży niewiele się różnią od wrażeń pierwszych kosmonautów, którzy odwiedzili Księżyc. Wszystko było dla mnie nowe i nieznane. Lot samolotem był dla mnie takim samym przeżyciem, jak dla nich statkiem kosmicznym, a widok Nowego Jorku w nocy z okien samolotu tak samo nierzeczywisty i z innego świata, jak dla lunonautów widok powierzchni Srebrnego Globu z pokładu "Orła".

Moje refleksje zmierzają do tego, że połączenie tego obrazu, który w sobie noszę -- USA jako innego świata i moich wspomnień, które mówią mi, że rzeczywiście tam byłem może dać tylko jeden skutek, a mianowicie wielkie pragnienie, aby jeszcze kiedyś tam być. Jest jeszcze tyle miejsc do zobaczenia, ale to nawet nie o to chodzi. Nawet, jeślibym miał nie widzieć nic nowego i cały czas przebywać w Tyler, to USA i Teksas przyciągają mnie jak magnes i wiem na pewno, że koniecznie kiedyś muszę tam być jeszcze raz. Właśnie o tej godzinie dzisiaj, kiedy to piszę, mój kuzyn ląduje w Miami na Florydzie. Wylosował zieloną kartę i pojechał. Nie wiem, czy zostanie tam na stałe, chyba nie, ale w tej chwili strasznie mu zazdroszczę. Fajnie byłoby spotkać się z nim kiedyś w USA.

Ale wracajmy do Dallas. Kiedy już napatrzyliśmy się na nocny widok miasta, zjechaliśmy windą na dół, wsiedliśmy do samochodów, zrobiliśmy jeszcze małą nocną rundkę po centrum i czas było wracać. I tak była już godzina 22.00, w domu będziemy o północy. Znowu kręciliśmy się po gigantycznych piętrowych skrzyżowaniach-ślimakach, aż wreszcie wyjechaliśmy na "Interstate Highway 20". W nocy ruch na autostradzie wcale nie jest mniejszy niż za dnia, a to za sprawą trucków, których niesamowita ilość pędzi nocą po trasie. Trucki to gdzieś 80% samochodów na dużej międzystanowej autostradzie podczas nocy. Byłem już jednak zbyt zmachany, aby je kontemplować i jak wszyscy -- prócz niezmordowanego Andrew -- poszedłem w kimono. Przed bramą campusu byliśmy o północy. Karta magnetyczna otworzyła nam podwoje naszego miasteczka studenckiego i zajechaliśmy pod nasz ulubiony domek. Jak tu cicho w porównaniu ze zgiełkiem ulic Dallas. Słuchać tylko wypełniające powietrze swym w ibrowaniem odgłosy tysięcy cykad. Nie da się ukryć, że wyprawa do Dallas -- symbolu amerykańskiego kapitalizmu i biznesu była po prostu rewelacyjna.

następny odcinek...