...poprzedni odcinek


WYPRAWA DO TEKSASU
RANCHO

Wspominałem już wcześniej o amerykańskich studentach, którzy mieli nam pomagać w sprawach językowych -- o Paulu Haberle, Scottcie Bostiku i Marlene Indermark. Trzeba powiedzieć, że nasza czwórka bardzo się z nimi zaprzyjaźniła. Bywali u nas codziennie, jeździliśmy razem do knajp, odwiedzaliśmy ich domy. No właśnie -- domy. W następny weekend miałem odwiedzić Marlene na jej rancho.

Przyjechała po mnie swoim osobowym Cadillakiem w piątek o 16.00 po swoich wykładach. Zabrałem ze sobą kilka rzeczy i pojechaliśmy. Po drodze wpadliśmy do "WAL*MARTU", gdzie Marlene chciała kupić bekon na śniadanie następnego dnia. Po zdegustowaniu chyba z 10 gatunków zdecydowałem się na bekon z indyka (oczywiście VERY LOW FAT). Cała podróż zajęła nam 40 minut. W pewnym momencie wjechaliśmy w bardzo miłą, lesistą okolicę -- to była już Mineola, gdzie mieszka Marlene. Dojechaliśmy do zjazdu z głównej trasy i skręciliśmy w polną drogę, która prowadziła już bezpośrednio do domu. Koło bramy rancha wzięliśmy pocztę ze skrzynki (całe naręcze tzw. "junk mail", czyli różnych reklam). Od tej bramy do domu jechaliśmy jeszcze z kilometr, mijając stada bydła i spore jeziorko, gdzie Marlene hoduje swoje sumy. Wreszcie dotarliśmy do domu, przed którym stały pozostałe 2 samochody Marlene: niski, sportowy, biały dwuosobowy Chrysler i solidna, wielka terenowa półciężarówka Chevy z napędem na 4 koła, cała błyszcząca, a w środku komfortowa jak porządny samochód osobowy. Trzeba przyznać, że w takim wozie można się czuć pewnie na drodze. Pod Chevym spały dwa pupile Marlene -- psie bliźniaki Cowdie i Cussy, które przywitały ją gwałtownym wybuchem radości. Zostawiliśmy samochód w garażu i poszliśmy do domu.

Dom był bardzo ładny, parterowy, z wielkim trawnikiem, na którym w pewnej odległości od domu umieszczona była spora szopa na narzędzia i samochody gospodarcze. Oprócz głównego domu był jeszcze dom Marlene nad samym jeziorem i dom dla gości zaraz obok domku Marlene. Kiedy weszliśmy do salonu, Marlene przywitała się ze swoją mamą i przedstawiła jej mnie. Mama była bardzo miła, "Marlene dużo mi o tobie opowiadała.", "Jak ci się u nas podoba?" i te rzeczy. Dostałem szklaneczkę mrożonej herbaty, kawałek ciasta i miło sobie gawędziliśmy. Salon domu Marlene był specyficzny dla amerykańskiej klasy średniej -- kominek, oddzielona kontuarem ze stołkami barowymi kuchnia, maszynka do lodu (taki kran, z którego lecą kostki lodu), stół do jedzenia, w głębi stolik do siedzenia, telewizor, wszędzie pełno bibelotów, ściany pełne portretów i zdjęć, na suficie eleganckie wentylatory w formie wiatraków, które rozprowadzają po pokoju chłodne powietrze z klimatyzacji na suficie. Dla europejczyków to może trochę za dużo było tych bibelotów i ozdóbek, ale wszystko sprawiało bardzo miłe, naprawdę domowe i przytulne wrażenie. Cała jedna wielka ściana salonu była przeszklona i wychodziła na werandę, za którą zaraz było jeziorko hodowlane, za którym zaczynał się las. Widok naprawdę przepiękny. Było też widać karmnik dla kolibrów w formie sporej kuli, umieszczonej koło werandy.

Kula miała na powierzchni mnóstwo wychodzących z wnętrza rurek, których jednak z wierzchu nie było widać, gdyż otoczone były różnobarwnymi sztucznymi kwiatami. Kolibry podlatywały i piły z tych kwiatów wodę z cukrem, która wypełniała kulę. Świetnie to wyglądało. Koliber z pewnej odległości wygląda całkiem jak spory trzmiel i lata w ten sam sposób. Kiedy stanie się koło karmnika, to przylatujące kolibry bzyczą całkiem jak pszczoła, czy trzmiel. Nic dziwnego, skoro machają skrzydłami tak, że widać tylko rozmytą chmurkę. Po angielsku zresztą koliber to "humming bird", czyli "bzyczący ptak". Kolibry są bardzo kolorowe i naprawdę mógłbym długo stać przy tym karmniku i im się przyglądać. W ogóle było tam dużo ciekawych zwierząt, np. latały bardzo ładne ptaki z bardzo długimi, wąskimi ogonami, na końcu których powiewało coś w rodzaju niebieskiej chorągiewki w kształcie rombu. Były też piękne motyle, takie wielkie, że jedno ich skrzydło miało wielkość mnie więcej ludzkiej dłoni. Za szybą werandy miał swą sieć ogromny, kulisty pająk, na którego strach było spojrzeć. Był w każdym razie o wiele większy od kolibrów. Ciekawe, czy pająki jedzą kolibry?

Marlene miała świetnego stworka domowego. Był to tchórz, fretka, czy coś w tym rodzaju. Nazywał się Rustu i był bardzo miły. Mieszkał w butli do wina, położonej na boku, do której świetnie wślizgiwał się przez otwór. Gdzieś tak po 30 minutach przybył z miasta ojciec Marlene, emerytowany pilot wojskowy, który teraz prowadził w Mineoli sklep z antykami. Był bardzo miły, ale nie siedział a nami długo, gdyż poszedł przygotowywać obiad. Na werandzie stał piecyk na węgiel drzewny i na tym piecyku pan Indermark przygotowywał na ruszcie "texan barbecue chicken", czyli pieczonego kurczaka po teksańsku. Pani Indermark w tym czasie kroiła bułkę i nie byłoby w tym nic godnego uwagi, gdyby nie narzędzie, którym to robiła . Może jestem prowincjuszem, ale jeszcze nie widziałem noża łańcuchowego. Nie była to elektryczna krajalnica do chleba w formie okrągłej tarczy, którą widać w niektórych domach w Polsce, ale miniatura piły łańcuchowej, takiej jak ta w grze "Doom". Widziałem kiedyś film klasy "D", pt. "Texan Chainsaw Massacre II", czyli "Teksańska masakra piłą łańcuchową II" i od razu mi się on przypomniał.

Kiedy wszystko było gotowe, zasiedliśmy do obiadu. Do jedzenia był oczywiście kurczak pieczony ze sporym dodatkiem ostrych przypraw, czarna fasola po meksykańsku, sałatka z pomidorów i papryki oraz bułka z masłem. W Polsce raczej nie je się do obiadu bułki z masłem, ale mi bardzo wszystko smakowało. Po obiedzie jeszcze trochę pogadaliśmy, a potem Marlene chciała mi pokazać rancho. Najpierw poszliśmy do domku gościnnego, gdzie miałem spędzić noc i włączyliśmy klimatyzację, żeby było w nocy czym oddychać. Potem odwiedziliśmy szopę, gdzie były jeszcze 2 samochody -- coś w rodzaju terenowego motorka na czterech potężnych kołach (tzw. four-wheeler) i Melex, czyli elektryczny samochód golfowy, zresztą polskiej produkcji. Wsiedliśmy do Melexa i pojechaliśmy na pastwisko. Indermarkowie mają około 100 krów i jednego byka, który "obsługuje" je wszystkie. Ten to ma życie! Jeździliśmy po pastwisku, a Marlene witała się ze swoimi "znajomymi" krowami, stwierdziła też, że jedna z krów, która była brzemienne, właśnie tego dnia urodziła bliźniaki, z którymi trzymała się na uboczu stada. Cały czas łaziły za nami Cowdie i Cussy, które wszędzie chodziły za Marlene. Następnie pojechaliśmy nad samo jeziorko, siedzieliśmy na pomoście i rozmawialiśmy. Nadeszła pora karmienia sumów, więc Marlene nasypała do puszki specjalnej karmy i zaczęła tupać w pomost. Zaraz woda zaczęła się burzyć i spłynęła się masa sumów, którym Marlene sypnęła owej karmy. Co się wtedy zaczęło dziać! Woda jakby się zagotowała. Ryby wyskakiwały nad powierzchnię i kotłowały się, jakby chodziło o ich życie. Są strasznie żarłoczne.

Dowiedziałem się ciekawej rzeczy, że miesiąc wcześniej w jeziorze przebywał nieproszony gość, a mianowicie aligator, który przypłynął kanałem przeciwpowodziowym, którym uchodzi nadmiar wody. Potwór czynił spustoszenie wśród ryb, a poza tym kto z was chciałby mieć aligatora w jeziorze 10 metrów od domu. Dlatego bestię trzeba było odstrzelić.

Później Marlene pokazała mi jeszcze swój własny domek -- tyz pikny -- objechaliśmy jeziorko dookoła i wróciliśmy do domu.

Wieczorem o 20.00 wsiedliśmy w sportowego Chryslera i pojechaliśmy do Mineoli na aukcję antyków. Jest tam specjalna sala, w której co tydzień spotykają się właściciele sklepów z antykami aby zakupić nowe rupiecie do swoich składzików. Już wcześniej przybył tam ojciec Marlene, który też miał taki sklepik i tym razem sprzedawał coś. Aukcja antyków odbywała się w sporej sali, która w jednej czwartej zastawiona była takimi gratami, jak wózki dla dzieci bez kół, zardzewiałe pokrywki do baniek na mleko, cała masa porozpieprzanych mebli i inne śmieci. Na krzesłach siedziały ze dwie setki ludzi z ponumerowanymi karteczkami i uczestniczyli w licytacji. Licytacja zresztą nie wyglądała jak eleganckie aukcje dzieł sztuki, które widzimy w TV. Jakie eksponaty, taka aukcja. Wszystko odbywało się strasznie szybko. Dwóch osiłków brało kolejny eksponat, prezentowali go publice przez podniesienie do góry, obracanie, otwieranie drzwiczek itp. Następnie wkraczał do akcji gość w kowbojskim kapeluszu z aukcyjnym młotkiem, siedzący za podwyższonym pulpitem na końcu sali. Ten był naprawdę niezły. Czy widzieliście kiedyś w telewizji amerykańską lub angielską aukcję. Jeśli tak, to wiecie, jak się ją prowadzi. Otóż prowadzący aukcję cały czas gada w tempie karabinu maszynowego, powtarzając ceny proponowane przez gości, który dają różne znaki ręką. Dwóch innych facetów też w kapeluszach obserwuje salę i wychwytują dziwne gesty gości na sali. Nie mam pojęcia, jak możliwe jest tak szybkie mówienie. Nie sposób zrozumieć, co facet mówi, do uszu dobiegają tylko jakieś strzępy "pa-ba-ba-ba-ta-da-five-sixty-five-bam-da-four-tam-dam-eight-en-mam-dam-bam-...-da-ta-one-h undred-ta-ta-ta-three-SOLD!". I "BUM!", młotkiem. Wtedy owi osiłkowie wynoszą sprzedany "eksponat" na zaplecze, a inni już prezentują nowy. Licytacja jednego grata trawa najwyżej 30 sekund. Marlene poradziła mi, żebym w rozmowie z nią nie używał rąk, gdyż tutaj każdy gest coś znaczy. Jednak w pewnym momencie wykonałem jakiś ruch, chyba podrapałem się w nos, czy coś w tym stylu. Od razu jeden z obserwujących coś krzyknął, wskazując palcem w moim kierunku, a prowadzący aukcję cowboy wymienił jakąś sumę. Wyglądało na to, że zaraz zostanę szczęśliwym właścicielem zardzewiałego siodełka do konnego kultywatora, ale na szczęście ktoś mnie przelicytował. Ojciec Marlene coś tam pogadał z prowadzącym, a ten po chwili mówi, że jest dumny z tego, że ich aukcja staje się znana na świecie i z tego, że zaczynają przybywać goście z Europy, z Polski. Tu wskazał na mnie, a wszyscy zgromadzeni zaczęli klaskać i krzyczeć "woow!". Zabawnie się wtedy czułem. Tydzień wcześniej w Dallas mogłem zobaczyć Amerykę wielkich miast, a tu byłem z kolei w Ameryce prowincjonalnej z małymi miasteczkami, z cowboyami, z ranchami itd. Indermarkowie sprzedali na aukcji starą poobdzieraną szafeczkę z wyłamanymi drzwiami, trzymającymi się na jednym zawiasie za $300, z czego byli bardzo zadowoleni. Też bym był zadowolony.

Kiedy później nocą wracaliśmy na rancho leśną dróżką, to przed światłami samochodu przebiegały drogę jakieś stworki. Okazało się, że były to kojoty. Marlene ostrzegła mnie, żebym w nocy nie bał się ich wycia, gdyż była pełnia księżyca, a one wtedy wyją całą noc. Kiedy wróciliśmy, było już dość późno, mama Marlene poczęstowała nas lodami, posiedzieliśmy jeszcze trochę i poszedłem spać do domku dla gości. Miałem tam wygodne łóżko, klimatyzację z wiatrakiem na suficie, łazienkę z prysznicem i telewizor. Rzeczywiście było słychać wycie tych kreatur, ale że wiedziałem już co to jest, nie przejmowałem się tym. W telewizji co prawda była tylko stacja ABC, bo nie było podłączonej TV kablowej, ani satelity. Oglądałem więc ABC. Przez 4 godziny trwał program o O.J .Simpsonie -- znanym futboliście, który miał proces o zamordowanie swojej żony i jej kochanka. Był to wtedy bardzo znany proces w całych Stanach, którym wszyscy się pasjonowali. Kiedy policja zorganizowała zasadzkę i ścigała Simpsona, który uciekał swoim samochodem, TV przerwała transmisję z meczu NBA, żeby to pokazać. W różnych stacjach całymi godzinami pokazywano przesłuchania świadków, różni ludzie mówili różne głupie rzeczy itd. Przez te 4 godziny trwały jakieś talk-shows, wywiady, przedstawianie badań opinii publicznej. Były nawet jakieś analizy psychologiczno-społeczne, gdyż Simpson jest Czarny, a jego żona była Biała. Jeśli pamiętacie, co pisałem o sprawach rasowych w USA, to możecie sobie wyobrazić, jak Amerykanie mieli nad czym deliberować. Według niektórych nieszczęsny sportsmen padł ofiarą Białych szowinistów, a cała sprawa ma posmak rasistowskiej zemsty Białych. W sklepach nawet sprzedawali koszulki z napisem "Prey for O.J.", czyli "Módl się za O.J. (Simpsona)". Twarz tego facet była dosłownie wszędzie -- w czasopismach, w telewizji był najczęściej pokazywanym człowiekiem. Kiedy już nie zdzierżyłem Simpsona, wyłączyłem telewizor, wykąpałem się i w akompaniamencie kojotów poszedłem spać.

Rano zjadłem na śniadanie jajecznicę na zakupionym poprzedniego dnia boczku ze specjalnymi małymi, grubymi naleśnikami (tzw. "pancakes"). Później wytoczyłem z szopy four-wheelera i pojeździłem sobie po całym terytorium rancho. Jeździło to całkiem szybko -- z 60 km/h. Kiedy już zjeździłem rancho wzdłuż i wszerz, wyjechałem za jego bramę i po kilku minutach znalazłem się w okolicy przedmieść Mineoli, tylko że nie od strony głównej ulicy, a od tyłu. Świetnie się jeździło tym pojeździkiem i chętnie jechałbym dalej, ale w okolicy pojawiło się podejrzanie dużo psów luzem. W pewnej chwili spostrzegłem wielkiego kundla, który stał na drodze i szczerzył kły. Przełączyłem na wsteczny, ostrożnie zawróciłem i przygazowałem w przód. W tym momencie pies rzucił się za mną. Jechałem pełnym gazem i słyszałem za sobą wściekłe ujadanie, ale mu zwiałem. Wolałem już nie kręcić się w tych okolicach i wróciłem do domu.

O 13.00 pojechaliśmy do Mineoli na lunch do jakiejś hamburgerowni, gdzie spotkaliśmy się z naszymi kumplami -- pozostałymi studentami z Europy, których Marlene zaprosiła na popołudnie wraz z "ich" studentami (takimi, jak dla mnie Marlene). Następnie wpadłem na chwilę do sklepiku z antykami Indermarków, gdzie kupiłem podstawkę pod pióro w formie pozłacanego kolibra w prezencie od naszej czwórki dla dyrektora naszej filii Politechniki w Polsce. Po lunchu zajechaliśmy do domu całą karawaną. Pani Indermark przygotowała całą furę dobrego jedzenia -- jakieś meksykańskie specjały, ciasta, ciasteczka, sałatki, kanapki, napoje itp. Spędziliśmy miłe kilka godzin, po czym studenci pojechali, a zostałem ja i moi kumple Scott Bostik i Paul Haberle. Pomogliśmy Marlene posprzątać, a potem posiedzieliśmy sobie na pomoście, gawędząc miło.

Wreszcie pożegnaliśmy się z Marlene, podziękowałem jej za gościnę, za miły weekend i pojechałem z Paulem i ze Scottem jego (Scotta) Fordem z powrotem do Tyler.


WET'N'WILD

W następny weekend rozrywkę zapewniał Paul Haberle. Wybraliśmy się do "Wet'n'Wild" -- wodnego wesołego miasteczka w Arlington, które właściwie nie jest osobnym miastem, a znajduje się na przedmieściach Dallas. Na wyprawę pojechałem ja, Sławek i Iwan. Dziewczyny speniały.

Paul zajechał po nas rano swoim starym, chyba 15-letnim terenowym półciężarowym Dodgem. Ten samochód rzeczywiście był stary, nie miał nawet klimatyzacji, więc oczywiście trzeba było cały czas jeździć z otwartymi oknami, a i tak było straszliwie gorąco. Zabraliśmy ze sobą po pustej puszce od Pepsi (w W'n'W za puszkę po Pepsi dostaje się przy kupnie biletu rabat $2). Wzięliśmy też stosowne stroje kąpielowe. Co to znaczy "stosowne". Na pewno nie są w USA stosownym strojem zwykłe kąpielówki-slipki. Jeśliby ktoś się pokazał w czymś takim na basenie, to byłoby to odebrane prawie tak, jakby przybył tam nago. W Stanach faceci kąpią się w spodniach typu "bermudy", czyli mniej więcej do kolan.

Jechaliśmy tą samą drogą, co do Dallas, no bo Arlington to prawie Dallas. Jadąc samochodem nie wyjeżdża się ani przez chwilę z miasta. Granica jest wyłącznie administracyjna, a nie rzeczywista. Jadąc przez Dallas przejeżdżaliśmy koło Cotton Bowl -- stadionu, na którym rozgrywano mecze mistrzostw świata, w tym ćwierćfinał Szwecja-Brazylia. Kiedy wysiedliśmy w Arlington, doskonale było stamtąd widać drapacze chmur w centrum Dallas. Odstaliśmy chwilę w kolejce do kasy, pokazaliśmy puszki i zapłaciliśmy po $18.25. Całkiem niezła sumka. Uprawnia ona do siedzenia przez cały dzień w wesołym miasteczku i do bawienia się do woli na wszystkich urządzeniach, oczywiście już bez dodatkowej opłaty. Poszliśmy do przebieralni, zamknęliśmy swoje rzeczy w szafkach. To zdziercy z tych Amerykańców. Żeby szafka się zamknęła trzeba wrzucić do otworu obok drzwiczek dwie ćwierćdolarówki, co umożliwia późniejsze jednokrotne jej otwarcie. Jeśli chcesz coś wyjąć z szafki w międzyczasie, to znowu trzeba potem wrzucić monety.

Wyszliśmy na teren miasteczka. Wszędzie wokół na olbrzymiej przestrzeni było widać różne wieże, zjeżdżalnie, rury, rusztowania, baseny itp. Nad wszystkim górowała potężna konstrukcja do bungee jumping, czyli zabawy w skoki z wysokości około 60 me trów na elastycznej linie. Zajęcie dla szaleńców. Jeden skok kosztował $30 i jeżeli ktoś speniał już na górze, kiedy spojrzał na dół i zobaczył, co go czeka, to wcale nie dostawał forsy z powrotem. Po wyjeździe na górę z instruktorem, masz minutę na skok . Instruktor nie ma prawa cię popychać. Jak już ktoś skoczy, to tak fajnie nim majta, że patrząc z dołu tylko się zastanawia, kiedy facetem pieprznie o rusztowanie i zostanie zeń miazga. Niektórzy skoczkowie byli kompletnie bezwładni, sparaliżowani strachem, a niektórzy -- starzy wyjadacze -- prezentowali karkołomne ewolucje i popisy, za co zgromadzeni na dole ludzie nagradzali ich owacjami.

Na początek dla odprężenia poszliśmy na basen ze sztucznymi falami. Fale biegną wzdłuż i w poprzek basenu i włączane są co 5 minut. Kiedy już woda się porządnie rozhuśta, to na basenie panuje prawdziwy sztorm i trzeba naprawdę się wysilać, żeby utrzymać się na powierzchni, lub by nie być przez fale ciśniętym na ścianę basenu. Zabawa jest przednia.

Teraz udaliśmy się na pierwsze urządzenie. Była to zjeżdżalnia w postaci dwóch spiralnie z sobą poskręcanych rur o średnicy może 70 cm, biegnących w dół z wysokości około 20 metrów i poowijanych wokół siebie. Niebieskie rury zrobione są z jakichś tworzyw sztucznych i są nieprzezroczyste, chociaż trochę światła przepuszczają. Wchodzi się po schodkach na górę, odczekawszy swoje w kolejce, wchodzi się nogami do rury trzymając się rękami jej krawędzi. Instrukcja głosi, żeby w rurze spleść nogi w kostkach, ręce trzymać skrzyżowane na piersi i trzymać się całkowicie wyprostowanym. Aby był odpowiedni poślizg, przez rury oczywiście cały czas płynie dość intensywny strumień wody. Kiedy już nadeszła nasza kolej, jakoś nikt nie kwapił się aby być pierwszym. W końcu ja się zdecydowałem, wlazłem do rury tak, że tylko głowa mi wystawała. Wreszcie czerwone światło zmieniło się na zielone. Raz kozie śmierć. Puściłem się. Zacząłe m zjeżdżać coraz szybciej i szybciej. Rzucało mną na jakichś zakrętach, wreszcie jechałem już tak szybko, że zacząłem mieć wrażenie iż spadam w przepaść. W pewnej chwili straciłem panowanie nad swoim zjazdem, rozłożyłem ręce w panicznej próbie sterowania własnym ciałem, ale zdziałałem tylko to, że woda zalała mi oczy i nic nie widziałem. Wtedy się poddałem i było mi już wszystko jedno. Czułem, że rzuca mną straszliwie na zakrętach, że lecę raz w dół, raz w górę, chociaż gdzie jest góra, a gdzie dół to nie byłbym w stanie określić. Nagle przestałem obijać się po zakrętach, trasa się wyprostowała, znów nabrałem prędkości. Wtem wszystko wokół się rozjaśniło i wyjechałem na powierzchnię basenu, który znajdował się na końcu rury. Szybko wytraciłem prędkość i jeszcze półoszołomiony wypełzłem na brzeg. That was some experience! Po chwili z rur wyjechali nie mniej skołowani Paul, Sławek i Iwan. To naprawdę było niezłe -- w końcu w takich urządzeniach właśnie chodzi o ten dreszcz strachu, który niczym groźnym nie może się zakończyć.

Następne urządzenie przebiegało równolegle do rur, z których właśnie wyszliśmy. Była to zjeżdżalnia o pofalowanej powierzchni. Jedziesz raz w górę, raz w dół z wysokości 20 metrów. Do zjeżdżania służą niewielkie gąbkowe materacyki, na które kładzie się i zjeżdża głową w dół po plastykowej powierzchni. Też niezłe. Kiedy jedzie się w dół i nagle zmienia się kierunek ruchu, czyli gdy osiągniemy szczyt "pagórka", to materac wykonuje niewielki skok, całkiem jak ze skoczni narciarskiej. Trasa kończy się pięknym ślizgiem rozpędzonego płaskiego materaca po końcowym basenie.

Po tych wrażeniach trzeba było trochę ochłonąć. Udaliśmy się więc do basenu z urządzeniami do zabaw dla dzieci. Najlepszą zabawę mieliśmy walcząc z sobą armatkami wodnymi. Mają one takie ciśnienie, że nie sposób ustać na nogach, a więc pobawiliśmy się trochę w ZOMO.

Teraz poszliśmy w kierunku innej atrakcji, a mianowicie "Black Hole", czyli "Czarnej Dziury". "Black Hole" jest nieco w stylu tych niebieskich rur, ale na dużo większą skalę. Jest to ogromna, może 30-metrowa wieża, z której na dół prowadzi ogromna czarna rura, wijąca się jak wąż, przeplatająca się sama z sobą jak precelek, zawiązana w wymyślne sposoby. Do tego urządzenia są największe kolejki. Czeka się z 10 minut. Czekanie uprzyjemniają efekty świetlne na zewnątrz czarnej rury -- różne dymy i kolorowe światła na jej powierzchni. Aby zjechać w Czarnej Dziurze trzeba zaopatrzyć się w spore, dwuosobowe dmuchane urządzenie, które wygląda jak napompowana cyfra "8". Bierze się to ustrojstwo od wyjeżdżających z rury ludzi. Kiedy jest się już blisko wylotu rury, słychać z jej wnętrza dzikie wrzaski jadących. Potem jeszcze druga część kolejki, pnąca się w górę po kręconych schodach i jesteśmy na górze. Nasz ponton kładziemy przed wlotem do rury, zagłębiamy się w otwory dmuchanej "ósemki", łapiemy z całej siły za uchwyty. Nasz ponton stoi w szybko płynącej wodzie, a z tyłu trzyma go osobnik z obsługi. Wreszcie zielone światło, gostek nas puszcza i wjeżdżamy w ziejącą czernią otchłań. Jedzie się strasznie szybko, czuć spore przeciążenia na zakrętach i gwałtownych zjazdach. Jest całkowicie ciemno, nie widać absolutnie nic. Od czasu do czasu zapalają się na ścianach rury różnokolorowe punktowe światełka, które nic nie rozświetlają, a dodają tylko tajemniczości. Naprawdę można sobie wyobrazić, że podróżuje się przez czarną dziurę do innego świata, jak w "2001 Odyseja Kosmiczna". Ta jazda była dużo fajniejsza od tej pierwszej rury, bo dłuższa, a poza tym mimo dreszczu emocji, gwałtownych przeciążeń i niesamowitych wrażeń to, że cały czas się czegoś trzymało, co zwiększało poczucie bezpieczeństwa, a poza tym można było pogadać z sąsiadem. Jednak tych uchwytów trzymałem się całkowicie kurczowo, gdyż wolałem nie myśleć, co by było w przypadku wypadnięcia z pontonu. Po kilku gwałtownych zwrotach kierunku i przeciążeniach nagle trasa gwałtownie się obniżyła, że żołądek miałem gdzieś w okolicach czaszki, trasa się wyprostowała i ujrzałem "światło w tunelu". Po chwili byliśmy już w końcowym basenie. To było świetne! Oddaliśmy pontonik, ale bez wahania stanęliśmy w kolejce jeszcze raz.

Później byliśmy na gigantycznej, 25-metrowej, bardzo stromej zjeżdżalni. Myślę, że podobne wrażenie ma człowiek, który spada z dachu 30-piętrowego domu. Czuje się rozpaczliwy brak oparcia dla rąk, dla nóg, dla jakiejkolwiek części ciała i straszne przyspieszenie, które z kolei wywołuje przeciążenia. Człowiek cały drętwieje i sztywnieje, a prędkość cały czas się zwiększa. Co za ulga, gdy wreszcie jak torpeda wlatuje się do wody i wytraca ten straszliwy pęd. Nie poszedłbym tam jeszcze raz, chociaż nie powiem, że żałuję tego zjazdu.

Kiedy przemieszczało się pomiędzy różnymi urządzeniami, to oczywiście można było chodzić, a wiecie przecież, że Amerykanie bardzo nie lubią chodzić. A zatem... Nie! Nie jeździli samochodami po wesołym miasteczku! Do przemieszczania się służyła "Lazy River" -- "Leniwa Rzeka". Była to sztuczna rzeka, która otaczała cały teren "Wet'n'Wild". Co kilkanaście metrów znajdowały się wejścia i wyjścia, a sztuczny prąd wody powodował, że wystarczyło się położyć na wodzie, albo wleźć na materac, czy ponton, aby nie ruszając ręką ni nogą dotrzeć na miejsce. Taka przejażdżka była bardzo przyjemna -- płynie się pod mostkami w miłej chłodzącej wodzie. Niezłe. Pływanie miało tę przewagę nad chodzeniem, że w wielu miejscach beton był rozgrzany chyba do 70 stopni Celsjusza. Było to uczucie, jakby chodziło się po rozżarzonym żelazie. Trzeba było biegać na palcach do najbliższej kałuży, tam chwilę odpocząć i pędzić dalej.

Ponieważ trochę zgłodnieliśmy, więc dopłynęliśmy do knajpki typu fast-food. Poszliśmy do przebieralni, bo musieliśmy wziąć forsę z szafek. Zjedliśmy jakieś hamburgery z frytkami i z Pepsi. Ceny w "W'n'W" były horrendalne. Każdy z nas zapłacił za to po $6. To naprawdę przesada. Dwukrotne drożej niż w zwykłej knajpie. No ale wiedzą co robią. Przecież nikt nie będzie wychodził poza wesołe miasteczko, żeby coś zjeść, a potem wrócić. Przy okazji poszło drugie pół dolara na ponowne zamknięcie szafek. Po lunchu Paul, który jest instruktorem nauki pływania postanowił, że nauczy pływać Sławka, który niestety nie posiadł tej sztuki i cały czas w "W'n'W" musiał nosić kamizelkę ratunkową. My zaś z Iwanem ruszyliśmy w poszukiwaniu dalszych atrakcji.

Zobaczyliśmy spory basen, do którego prowadziły niebieskie rury, podobne do tej, którą jechaliśmy na początku. Te jednak kończyły się 2 metry nad powierzchnią wody. Nie mieliśmy już ochoty włazić do czegoś takiego, więc poszliśmy na zjeżdżalnie, które były bardzo strome i które też kończyły się 2 metry nad wodą, ale przynajmniej były odkryte. Trochę sobie poskakaliśmy, poszliśmy jeszcze raz do "Black Hole", a potem wróciliśmy na płytki basen, żeby zobaczyć, jak sobie radzi Sławek z pływaniem. Niestety niezbyt mu to szło. Mówiąc wprost -- wcale mu to nie szło. No trudno. Pora zaliczyć kolejną maszynkę.

Była to zjeżdżalnia, na której zjeżdżało się siedząc na dwuosobowych platforemkach. Główną atrakcją było to, że zjeżdżalnia była nachylona pod kątem 45 stopni, a więc potwornie stromo. Iwan speniał, więc Paul musiał zjeżdżać sam. Zresztą i tak nikt by się z nim nie zmieścił na tej platformie. Zjazd kończy się efektownym skokiem, a potem pięknym ślizgiem po wodzie. Później nasza decha zwalnia i pogrąża się w wodzie. Zaliczyliśmy jeszcze podróż jednoosobowymi pontonikami przez podziemną bardzo krętą, ale spokojną trasę, jeszcze raz "Black Hole" i zaczęło się robić późno. Była już 20.00.

Na koniec postanowiliśmy sobie ochłonąć i zjechać z falowanej zjeżdżalni wieloosobowym pontonem. To urządzenie na "skali wrażeń", czyli numeru przypisywanego przez wesołe miasteczko każdej atrakcji miało bodajże "2" w skali od 1 do 5, więc rozrywka familijna. Przez to właśnie, że familijna, nie przewidzieliśmy, jak długo będziemy musieli czekać w kolejce. Staliśmy chyba pół godziny, ale w końcu się doczekaliśmy i ziuuu... W kręcącym się pontonie pomknęliśmy na dół, opryskiwani strugami wody. I to był koniec wrażeń na ten dzień. Wysuszyliśmy się, przebraliśmy, kupiliśmy pamiątki w sklepiku i do samochodu. A tu pech! Paul nie może znaleźć swoich okularów. Szuka w palcie i w surducie, w lewym bucie, w prawym bucie. Wszystko w szafach po przewracał, maca szlafrok, palto maca. Nie ma. Przetrząsnęliśmy cały samochód, na wszelki wypadek także własne pakunki, szukaliśmy pod samochodem. No nie ma! Hej, Paul! A może je zjadłeś, myśląc, że to marchewka!? Paul był pewien, że zostawił je w samochodzie i że nie przepadły gdzieś w wesołym miasteczku. Biedak Paul stracił humor i pojechaliśmy bez okularów.

Jeszcze nie wyjechaliśmy z Dallas, gdy Iwan, który nadal prowadził poszukiwania wydał okrzyk triumfu i podał Paulowi okulary. Okazało się, że wpadły za podpinkę drzwiczek od schowka, gdzie zo stawił ja Paul. No i w porządku. Paul od razu odzyskał humor. W drodze powrotnej mieliśmy okazję podziwiać zachód słońca na niezmierzonym płaskim morzu trawy. Wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni, ale wielki fan hard-rocka i metalu Paul raczył nasze uszy potwornie głośną muzyką z jego ulubionej rozgłośni rockowej. Czasem lubię ostrego rocka, ale wtedy tak mi się chciało spać, że go nie trawiłem. Już wolałbym którąś z beznadziejnych rozgłośni hiszpańskojęzycznych, na których non-stop lecą kretyńskie meksykańskie pioseneczki z akompaniamentem akordeonu. Na szczęście na nasze prośby zmienił stację na country i nieco ściszył. Ponieważ się nie spieszyliśmy, w domu byliśmy o 22.45. Cholera, wydać w jeden dzień na wesołe miasteczko i żarcie prawie 60 nowych zł to trochę jest, ale na pewno warto było. Dziewczyny, gdy im opowiedzieliśmy jak było, trochę żałowały, że nam nie towarzyszyły.

następny odcinek...