...poprzedni odcinek


WYPRAWA DO TEKSASU
ODJAZD

Poszliśmy spać, a nad ranem zrobiliśmy ostateczny porządek, spojrzeliśmy po raz ostatni na nasze pokoje, naszą kuchnię, nasz salonik i zamknęliśmy drzwi, a następnie oddaliśmy w office klucze i karty magnetyczne. Później przyjechali Paul ze Scottem, wsiedliśmy do samochodów, ostatni raz przejechaliśmy bramę "University Pines", czyli naszego campusu i podjechaliśmy na uniwersytet, gdzie pożegnaliśmy serdecznie studentów z naszego kursu i oczywiście samego dr Steve'a Lefevre.

Podziękowaliśmy im za współpracę, za zaproszenie i za wszystko. Nasze świadectwa ukończenia kursu Steve miał później przysłać do Polski, gdyż nie były jeszcze gotowe. No i koniec. Ostatnie wyjście z uniwersytetu i ostatni raz jedziemy przez znajome ulice Tyler koło dobrze znanych sklepów i knajp. Tak bardzo chcielibyśmy jeszcze tu zostać, ale nic z tego.

Zajechaliśmy do "Tyler Airport" i pożegnaliśmy się wylew nie z naszymi przyjaciółmi. Załatwiliśmy formalności biletowo-bagażowe. Była dopiero 11.00, a nasz samolot odlatywał o 12.40, więc było trochę czasu. Usiedliśmy sobie z Aśką na tej samej ławeczce, na której czekaliśmy, gdy pierwszy raz przylecieliśmy do Tyler i znowu ogarnął nas tani sentymentalizm. Pomyślałem sobie, jak wspaniale byłoby, gdyby to właśnie nie był dzień odjazdu, a naszego przyjazdu. Potem jeszcze mieliśmy miłą niespodziankę, gdyż na lotnisko przyjechali Bob i Vera, którym powiedzieliśmy w czasie wypadu nad jezioro, którym samolotem odlatujemy. Przyjechali ze swoim małym wnukiem, którego poznaliśmy wtedy nad Lake Tyler. Przywieźli dla każdego po pięknym albumie ze zdjęciami z całego Teksasu i wywołane zdjęcia znad Lake Tyler. Wreszcie nadszedł czas odjazdu.

O 12.30 pożegnaliśmy sympatycznych Jinksów i ich wnuka, wyszliśmy na płytę lotniska i załadowaliśmy się do takiego samego śmiesznego samolociku, którym półtora miesiąca wcześniej przylecieliśmy z Dallas. Znowu było rozsadzanie pasażerów po całym samolocie, żeby byli równomiernie rozmieszczeni i żeby grat mógł wystartować. Kiedy samolot ruszył po pasie, rozpędził się, a następnie oderwał się od terytorium Tyler, to naprawdę zrobiło mi się smutno, a widziałem, że siedząca ze mną na samym końcu samolotu Aśka miała nietęgą minę. Wyglądała, jakby się miała rozpłakać. Przypomniałem sobie, jak to zawsze kiedyś, gdy jeździłem na kolonie, dziewczyny płakały w dniu odjazdu. Zawsze się wtedy z nich śmiałem, ale teraz wcale nie nabijałem się z płaczu Aśki, gdyż sam byłem niepocieszony tym, że tak szybko to się wszystko skończyło. Gdyby tak nasz pobyt trwał na przykład cały semestr. Tyle jeszcze zostało w Teksasie do obejrzenia. Dziki, pustynny i skalisty West Texas, ośrodek NASA w Houston, przesiąknięte kulturą meksykańską pogranicze z Meksykiem na południu nad rzeką Rio Grande, San Antonio, Austin, tyle jeszcze rzeczy do obczajenia. Strasznie chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć Paula, Scotta, Marlene, Andrew Czarneckiego, Boba i Verę, Dave'a, no i oczywiście starego poczciwego Kanadyjczyka (z pochodzenia) Steve'a Lefevre. No cóż, cały czas mam nadzieję. Znowu nas trochę wytrzęsło, porzucało samolotem przy przelatywaniu przez chmury, ale jakoś wylądowaliśmy w Dallas, w porcie Fort Worth.

Tam nie czekaliśmy długo na kolejne połączenie. Już po godzinie odlatywał nasz samolot do Chicago. Był to Boeing 737, taki sam, jakim lecieliśmy z Nowego Jorku do Dallas. Na pasie startowym staliśmy w kolejce, uformowanej przez chyba z 10 samolotów, które kolejno z niego unosiły się w powietrze. I kolejne pożegnanie. Tym razem z Teksasem. Znowu żal.


CHICAGO

No i jesteśmy już w stanie Illinois. Lot do Chicago trwał około 2.5 godziny. I znowu -- najpierw bogate dzielnice pięknych domów na przedmieściach, a potem centrum z potężnymi drapaczami chmur, w tym charakterystyczna czarna smukła sylwetka tego najpotężniejszego -- Sears Tower. W tle -- jedno z Wielkich Jezior z olbrzymim kompleksem portowym i statkami na jego powierzchni. To oczywiście Michigan. Kołując na płycie lotniska ujrzeliśmy swojski widok stojącego przy jednym z terminali samolotu Polskich Linii Lotniczych "LOT". Wysiedliśmy przez rękaw na lotnisko, a była już 17.20. Nasz samolot do Warszawy odlatywał o 18.00, więc trzeba było się śpieszyć. Zatem pędem do informacji. Po drodze -- pierwszy sygnał, że jesteśmy w stolicy amerykańskiej Polonii. Słyszymy podawane po polsku komunikaty. I tutaj szok. Język polski powinien brzmieć dla nas bardzo swojsko, znajomo. A jest tak, że jeśli słyszymy go w ustach kogoś innego, niż ktoś z nas, to ten język brzmi dla nas dziwacznie. Po prostu odzwyczailiśmy się od tego, że po polsku mówi ktoś oprócz nas, że słyszymy ten język nie we własnej rozmowie, a gdzieś obok nas. Brzmi on dla nas jakby zza kurtyny, przygłuszony, nienaturalny.

Na informacji dowiedzieliśmy się, że nasz samolot odlatuje z terminalu 5. A gdzie to jest? Ooo... Daleko. Nie zdążycie na piechotę. "You must go by tram." Trzeba było podjechać tam podjechać wewnątrzlotniskowym metrem. Przychodzi moment pożegnania ze Sławkiem, który nie wraca jeszcze do Polski, a odwiedza swoją rodzinę w Toronto, w Kanadzie. Zjeżdżamy więc na niższy poziom schodami, przechodzimy kawałek i już jesteśmy na peronie metra. Wypisana na zielono cyfra "5". Musimy zatem wsiąść do zielonego pociągu. Obok stoi jakaś panienka z identyfikatorem obsługi lotniska. Upewniamy się u niej, czy jesteśmy na "right platform" -- na tym peronie, na którym trzeba. "Yes, you are." Podjeżdża pociąg. Jedziemy najpierw pod ziemią, potem wyjeżdżamy na powierzchnię. Doskonale widzimy przez okna imponujące centrum Chicago z górującym nad wszystkim gigantycznym, sięgającym nieba gmachem Sears Tower. Stwierdzamy z miłym zaskoczeniem, że tabliczki informacyjne o zasadach bezpieczeństwa wewnątrz wagonów metra są wypisane między innymi w języku Polskim. W całym wagonie jesteśmy tylko my i panienka z obsługi. No, jesteśmy na miejscu. "Is it here?" "Yes, you have to get off just here."

Wychodzimy, a tu jakoś nie widać żadnych strzałek do terminalu 5. Rozglądamy się zdezorientowani. Za 15 minut odlatuje nasz samolot. Jeśli wysiedliśmy w złym miejscu, to marne szanse, że zdążymy. Trwa ożywiona dyskusja, którędy pójść, której przysłuchuje się panienka z metra. Nagle odzywa się czystą polszczyzną: "A państwo do Warszawy? To tędy proszę." Aż nas zatkało. Jej głos brzmiał dla nas tak, jakby mówiła z zaświatów, przez knebel, z sąsiedniego pokoju. Naprawdę niesamowite uczucie. Szybko podążamy za naszą przewodniczką i wreszcie widzimy zieloną strzałkę do terminalu 5. Jest za 10 minut 18.00. Wyjeżdżamy na górę i stwierdzamy, że od bramy, do której jest zadokowany nasz samolot, dzielą nas cztery inne, a więc odległość kilkuset metrów. Rzucamy się pędem w kierunku naszego "gate'a". Pędzimy na samolot jak na ruszający już z przystanku autobus miejski. W końcu jest! Przez szyby terminalu widzimy samolot z napisem "LOT". Biegniemy już do punktu odprawy biletowej przed wejści em do rękawa, a tu: "Halt!" Nie, nie! To nie była niemiecka łapanka na lotnisku w Chicago. "Halt" również po angielsku oznacza "stać!" Ale to marna pociecha. O co chodzi!? Na szczęście nic groźnego. Po prostu w tej naszej pogoni w obawie, że ucieknie nam samolot, zapomnieliśmy o tym, że istnieje coś takiego, jak odprawa paszportowa i sprawdzenie bagażu podręcznego. Paszporty w porządku, na bagażach też nie włączył się żaden alarm. Podchodzimy do odprawy biletowej za 3 minuty 18.00. "Dzień dobry!" Jak to dziwnie brzmi. Nie słyszałem tego zwrotu od półtora miesiąca. Nadal mój ojczysty język w ustach obcej osoby brzmi teatralnie i nienaturalnie. Już jesteśmy w rękawie, podaje my "boarding tickets" i w progu wita nas stewardessa, znów po polsku oczywiście. Teoretycznie jesteśmy już na terytorium Polski, gdyż samoloty i statki stanowią -- według prawa międzynarodowego -- fragment terytorium państwa, do którego należą. Polski język nadal nas szokuje. Wokoło same rozmowy po polsku, które słychać jakby z oddali. Trudno to wyrazić, ale to brzmi nienaturalnie. Dwóch nieznajomych ludzi rozmawia ze sobą po polsku. Stewardessy roznoszą gazety. Dostaję dzisiejszą "Gazetę Wyborczą". Pierwsze "gazetowe" informacje z kraju od wyjazdu do USA. Dowiaduję się o tym, że warszawska starówka jest terroryzowana przez gangi z Pruszkowa i Wołomina. Jakie to swojskie.


HOME, SWEET HOME!

Samolot startuje. To już ostateczne pożegnanie z USA. Znowu centrum i niesamowity widok Sears Tower. Pochłaniamy widoki z okna, bo to ostatnie nasze obrazy z Ameryki. Wreszcie Chicago zostaje już tylko ogromnym szarym obszarem, przylepionym do wielkiego jeziora, które wygląda zupełnie jak morze. Na ekranie przed nami, służącym do wyświetlania filmów, widzimy teraz fajną mapkę. Pokazuje ona południową część jeziora Michigan, zaznaczone jest Chicago i inne większe miasta oraz nazwy stanów. Na mapie widzimy przesuwającą się powoli figurkę samolotu, która pokazuje nam, gdzie się aktualnie znajdujemy oraz w jakim kierunku lecimy. Na dole wyświetlana jest nazwa miejscowości, nad którą przelatujemy. Za samolocikiem ciągnie się czerwona linia, oznaczająca przebytą trasę. Na górze ekranu wyświetlana jest informacja o prędkości maszyny i jej wysokości nad ziemią. Kiedy samolot przeleciał już pewną odległość i nie znajdowaliśmy się w bezpośredniej bliskości Chicago, mapa się przeskalowała i widać było większy obszar Stanów Zjednoczonych, nad którym się przesuwamy. Oczywiście teraz samolocik na mapie przesuwał się wolniej. Jeśli nie miało się nic lepszego do roboty, to obserwacja mapy była bardzo przyjemna. Podróż z powrotem niczym się nie różniła od tej z Warszawy do Nowego Jorku oprócz tego, że była dłuższa -- trwała ponad 9 godzin. Jedyna istotna różnica była taka, że teraz lecieliśmy "pod prąd" czasu, w przeciwnym kierunku, niż obraza się ziemia . Kiedy lecieliśmy z Europy do USA, to czas się "zatrzymał" i przylecieliśmy do Nowego Jorku tego samego popołudnia, kiedy wylecieliśmy z Warszawy i cały czas trwał wydłużony dzień. A teraz na odwrót -- czas jakby przyspieszył. Około 21.00 zaszło słońce i zrobiło się ciemno, ale już o 23.00 niebo zaróżowiło się, a niedługo spod powłoki chmur wynurzyło się słońce. Wschód słońca przed północą. Kolejny dzień zaczynał się, zanim jeszcze ten dobiegł końca. Cała nasza noc trwała 2 godziny i już od tej pory było jasno.

No i jesteśmy już w Europie. Na mapce widać zarys półwyspu Skandynawskiego i pojawiają się śmieszne nazwy szwedzkich, a potem duńskich miast. Już jesteśmy nad Niemcami i... przekraczamy wreszcie granicę Polski. Mapka się przeskalowuje i cały jej obszar wypełnia się jakże znajomym kształtem mapy naszego kraju. Szczecin, Poznań... Już minuty dzielą nas od lądowania. No i wreszcie samolot dotyka kołami płyty lotniska Okęcie. Jesteśmy w domu. Na moim zegarku według czasu z Tyler jest 3.15 w nocy. Tutaj jest 10.15 nad ranem.

Gdy wyjrzałem za okno, to miałem wrażenie, że wylądowaliśmy na lotnisku polowym gdzieś w głębokiej Rosji. Pusto, żadnych samolotów w powietrzu, powietrze zasnute chmurami i ta okropna szarość. Wszystko jest takie szare. Pierwsze kroki na polskiej ziemi i pędzimy do odprawy paszportowej. To tylko chwilowa formalność. Zaczynamy się oswajać z językiem polskim. No i teraz najważniejsze -- bagaże! Z drżącym sercem idziemy do taśmociągu i zastanawiamy się, czy aby w Dallas, a potem w Chicago odpowiednio przeładowano nasze paki. Jadą walizy, jadą, a tu nic. Wreszcie jest -- wyjeżdża torba Aśki. Za chwilę moja. A Baśka czeka. Czeka, a tu nic i nic. Coraz mniej waliz krąży po taśmociągu, nie widać już pojawiających się nowych pak. No i zima! Nic nie wyjechało! Baśka już prawie płacze, ale spokojnie, tylko bez paniki. Poszedłem na informację i skierowano nas do biura bagaży zagubionych i uszkodzonych. Aśka też miała powody, by tam iść, gdyż jej torba była pozbawiona kółek i miała oderwany pasek. W biurze wypytali, spisali dane o wyglądzie zaginionej walichy i pocieszyli, że zagubienia bagażu są całkiem częste i że na pewno się odnajdzie. Oczywiście do walizy była przyczepiona karteczka z nazwiskiem i adresem, więc powinna się znaleźć. Nic już nie mogliśmy wymodzić, przynajmniej Baśka nie musiała taskać ciężkiej torby. Ładujemy pakunki na wózki i idziemy do odprawy celnej, czyli po prostu przechodzimy przez zielone drzwi "Nic do oclenia". Nikt nas o nic nie pyta, nikt nawet nie podchodzi. Spoko. Wyjeżdżamy z wózkami na przystanek autobusowy i patrzymy, co pasuje nam na dworzec centralny. Stamtąd o 12.20 odchodzi pociąg, którym dziewczyny dojadą do Legnicy, skąd pojadą do Lubina, a ja do Wrocławia, skąd skieruję się do Jeleniej Góry. Coś tam nam przypasowało, nie pamiętam już co.

Jedziemy przez Warszawę -- stolicę Polski, a mi wydaje się, że jest tu o wiele brzydziej i mniej kolorowo niż w małym Tyler. Tam wszystko miało swoją barwę, a tu jakby nie istniały czyste kolory. Wszystko ma w sobie składową szarości. Pamiętajcie -- mówię tu tylko o wrażeniu, ale przecież ono nie pochodzi znikąd. I największa nowość -- piesi ludzie na chodnikach! Pytamy się kogoś, gdzie wysiąść, jeśli chcemy na dworzec centralny. I pierwsza siurpryza! Wsiedliśmy w dobry autobus, ale w złym kierunku. Świetnie! Wysiadamy z tymi tobołami, przechodzimy na drugą stronę. Pytamy o autobus. Jakiś tam pasuje. A czas leci! Jest za 10 minut 12.00, a następny pociąg mam o 21.45. Ale już wszystko dobrze, jedziemy na dworzec. Nagle -- znowu klops! Od razu widać, że wróciliśmy do Polski. Autobus staje i przez przednią szybę widać bijące od silnika kłęby dymu. Koniec jazdy. Wybiegamy i pędzimy na pierwszy lepszy przystanek. Bagaże dają znać o sobie. Pot zalewa oczy. Jest tylko jakiś autobus na dworzec główny. Podobno stamtąd blisko na centralny. Nie mamy wyboru. Wysiadamy koło głównego i znowu bieg. Na centralny wpadamy o 12.15. Nie zdążymy już kupić biletów. Załatwimy to u konduktora. Najważniejsze, że zdążyliśmy. Wreszcie jesteśmy w wagonie. Odszukujemy od razu konduktora i załatwiamy sprawę. Kosztuje to o 30 tys. zł drożej.

Ufff... Wreszcie można odetchnąć swobo dnie i zrzucić z siebie bagaż. No i ruszamy. Jedziemy, jedziemy, jedziemy... No i Wrocław. Jest 17.30. Serdeczne pożegnanie z Baśką i z Aśką. Jakiś czas z sobą jednak spędziliśmy i przez ten czas naprawdę się zaprzyjaźniliśmy. Buzi, buzi i wysiadka. Mam dobre połączenie do Jelonki. Pociąg o 17.50 już stoi na peronie. O nie, nie będę tachał się z tą torbą po niezliczonych schodach w dół do przejścia, potem w górę do kasy, stał w kolejce i szedł z powrotem. Jestem prawie od 24 godzin na nogach i po prostu mi się nie chce. Macham dziewczynom i idę do pociągu. I znowu 30 tys. dopłaty, ale mam spokój i siedzę, a nie gdzieś się pałętam.

Podróż z Wrocka do Jelonki to doprawdy nic pasjonującego. Przyjechałem o 21.00. Schodząc ze schodków wagonu na kochaną jeleniogórską ziemię czułem się prawie jak kosmonauta, który pierwszy stawiał stopę na księżycu. Stary dobry dworzec, stare dobre Zabobrze na horyzoncie. Dzwonię do domu, że jestem, idę na taksówkę i do domciu. Powitanie z mamą. Koniec wielkiej wyprawy do USA i do Teksasu. Przez tydzień nie mogłem (czy też nie chciałem) przyzwyczaić się do polskiego czasu i spałem w dzień, a aktywny byłem nocą. Muszę przyznać i chyba nikogo to nie zdziwi, że były to najwspanialsze (mimo konieczności nauki) wakacje w moim życiu, a nawet chyba największe moje przeżycie w ogóle. Czy tam kiedyś wrócę? Nie wiem, ale w końcu Tyler nadal jest bratnim miastem Jelonki, więc kto wie.

PS. Zagubione bagaże Baśki zostały jej dostarczone do domu po tygodniu.

DERSU-UZAŁA