...poprzedni odcinek


WYPRAWA DO TEKSASU
NOWY JORK

Na miejscu, w Nowym Jorku byliśmy o 22.30 naszego czasu, czyli lecieliśmy 8.5 godziny. Lotnisko Kennedy'ego w Nowym Jorku jest ogromne -- tego się wprost nie da opisać -- dziesiątki samolotów z całego świata. W każdej chwili w powietrzu w okolicy lotniska jest około 10 samolotów. Na każdym z pasów startowych ustawiona jest kolejka samolotów do startowania, tak więc z każdego pasa co pół minuty startuje samolot z takim hukiem, że wszystko wokół drży, a że pasów tych jest kilkanaście (albo i więce j), a przecież samoloty nie tylko startują, ale i lądują, to możecie sobie wyobrazić, co się tam dzieje. Tak więc jak już wspomniałem -- lotnisko w wielkim mieście to po prostu moloch. Czegoś tak przygniatającego swym ogromem w życiu nie widziałem. Próbo wałem sobie wyobrazić zarządzanie czymś takim (skażenie zawodowe) i uznałem, że jednak międzynarodowy port lotniczy JFK w Nowym Jorku to nie jest najlepsze miejsce na praktykę dla studenta Organizacji i Zarządzania po dwóch latach nauki.

No to jesteśmy w Ameryce! Jeśli nigdy nie lecieliście samolotem w bardzo odległe miejsce, to nie zetknęliście się jeszcze z zabawnym zjawiskiem zmiany czasu. Wylecieliśmy z Warszawy o 14 czasu polskiego, a na miejscu byliśmy o 16.30 czasu miejsco wego tego samego dnia. Lecieliśmy 8.5 godziny, a różnica czasu spowodowała taki efekt, jak gdyby podróż trwała tylko 2.5 godziny. To krócej, niż podróż pociągiem z Jeleniej Góry do Wrocławia. Po prostu lecieliśmy w tym samym kierunku, w którym obraca się ziemia. W ten sposób "goniliśmy dzień". Wystartowaliśmy w dzień i przez całą podróż za oknami samolotu był dzień, mimo, że gdy przylecieliśmy do Nowego Jorku, na moim zegarku było wpół do jedenastej w nocy. Różnica czasu między Warszawą, a Nowym Jorkiem wynosi 6 godzin. Tyle właśnie "zaoszczędziliśmy" lecąc na zachód.

Pod koniec podróży wypełnialiśmy formularze imigracyjne i celne. Pierwszą rzeczą, jaką się robi po wyjściu z samolotu w Nowym Jorku jest wizyta w biurze odprawy imigracyjnej. Pierwszy kontakt z Amerykanami był bardzo miły. Facet cały czas coś śpi ewał pod nosem, a jak zobaczył nasze I-20 (studenckie formularze wizowe), to nie stwarzał absolutnie żadnych problemów. Mówił do nas po imieniu, cały czas śpiewał. "Hi, how are you today?", "Fine, thank you!", "Welcome to America, see you again!" -- tak mniej więcej wyglądało całe "przesłuchanie" w biurze imigracyjnym USA. Potem -- z obawą, czy aby będą -- idziemy po bagaże. Są! Nawet nieuszkodzone. Jak się potem mieliśmy przekonać, dostać od razu, bez problemów i nieuszkodzony bagaż to naprawdę szczęście. Problemy zdarzają się całkiem często. No to bierzemy nasze paki i idziemy do odprawy celnej, a tu tylko "What are you going to do in America? Studying? O.K.! Here you go!" To była cała odprawa celna. 5 sekund rozmowy.

Wychodzimy na główną halę terminalu, a tu TŁUM! To jedyne słowo, które przychodzi mi do głowy. Po prostu tłum ludzi czekających na kogoś, odprowadzających kogoś, towarzyszących komuś. Z balonikami, transparentami, chorągiewkami, w najróżniejszych strojach narodowych -- Hindusi, Arabowie, Żydzi, Krakowiacy i Górale (tak, tak) i kogo tam jeszcze można sobie wyobrazić. Pora na pierwszy bezpośredni kontakt z Ameryką.

Wychodzimy z lotniska. Łaźnia, piec, szklarnia. Tylko tak można określić klimat, który nas ogarnął. Takich warunków nie było, nie ma i nie będzie w Polsce. A przecież Nowy Jork jest na północy, a na szym celem jest Teksas. Na dworze 101 stopni, ale to nie jest największy problem. Słyszałem, że w Polsce w czasie mojego wyjazdu mieliście podobne upały. Najgorsza jest wilgotność. Ma się wrażenie, że oddycha się parą z czajnika. Powietrze dosłownie jest gęste, "siekierę można powiesić", ma się wrażenie, że można go dotknąć, oblepia ono jak gdyby ze wszystkich stron. Kiedy się oddycha nie czuć wcale "smaku" powietrza, tak ohydnie jest mokre, ciapkowate i nasączone wodą. Człowiek czuje się jak w piecu, w łaźni, w hucie -- naprawdę nie wiem, jak to określić. Słowem piekło na ziemi. Zwracam na to tyle uwagi, gdyż kiedy otworzyłem drzwi lotniska i wyszedłem na zewnątrz to naprawdę poczułem, jakby to powietrze fizycznie we mnie uderzyło. Wrażenie niesamowit e. Nie da się tego wyobrazić. To trzeba poczuć. A to dopiero Nowy Jork... Świetnie, ale my w tym skwarze mamy jechać około 45 minut autobusem (!) na lotnisko LaGuardia, skąd odlatuje nasz samolot do Dallas. Ta perspektywa dosłownie nas dobijała. Podjechał autobus do LaGuardii, wpakowaliśmy torby do bagażnika, zapłacili śmy po $10 (złodziejstwo!) i przygotowaliśmy się psychicznie na wejście do piekła (czyli do autobusu). Jednak czekało nas jedno z najmilszych wrażeń w całej podróży (serio!). Autobus był oczywiście klimatyzowany, jak niemal wszystkie samochody w USA. Tyl ko czarni czasami jeżdżą samochodami bez "air-conditionerów". Wyobraźcie sobie, że z ponad stustopniowego upału wchodzicie do chłodnej, przewiewnej piwnicy. Takie właśnie wrażenie mieliśmy, gdy weszliśmy do autobusu. Klimatyzacja to wspaniały wynalazek! No fajnie, przed nami prawie godzinna podróż przez Nowy Jork. Pewnie zobaczymy coś ciekawego.

Istotnie, to, co zobaczyliśmy było ze wszech miar ciekawe, ale niezmiernie odbiegało od obrazu Nowego Jorku, jaki zapewne ma w swej wyobraźni większość ludzi. Z okien autobusu podczas naszej podróży zobaczyliśmy ciemną stronę wielkiego miasta. Droga z JFK na LaGuardię prowadzi przez Long Island przez jakąś okropną murzyńską dzielnicę slumsów. Przez całą drogę nie było widać żadnego Białego. Nie jestem j ednak doktorem Goebbelsem, żeby takie coś uznać za okropne. Okropne były mianowicie widoki, jakie ukazały się naszym oczom. Widać było przez całą drogę dosłownie tony śmieci na ulicach -- prawdziwe trzęsawisko papierów, puszek, plastykowych butelek i fol iowych toreb i innych resztek, przez które przedzierał się autobus. Trudno to sobie wyobrazić. Mało gdzie widać było powierzchnię ulicy spod tej warstwy odpadków. W życiu nie widziałem takiego brudu na ulicy. Do tego walące się poobdzierane domki z dykty i blachy falistej, zardzewiałe wraki samochodów, jakieś stare, połamane beczki, skrzynki, bandy obdartych dzieciaków (najczęściej grających w kosza) i nieustanny hulający wiatr, przewiewający ze stukotem puszek z miejsca na miejsce te potworne śmieci. O d czasu do czasu pojawi się jakiś walący się, krzywy, drewniany sklepik. Oto Nowy Jork, jaki widziałem z okien autobusu.

Wreszcie zajechaliśmy na odpowiedni terminal (American Airlines) lotniska LaGuardia. Znów gdy wysiedliśmy ogarnęła nas ta straszliwa duchota i upał, więc czym prędzej weszliśmy do budynku lotniska i już do samego odlotu siedzieliśmy tam w miłym, piwnicznym chłodku klimatyzacji. Zza szyb korytarzy terminalu American Airlines było widać ten Nowy Jork, który każdy ma w wyobraźni -- Manhattan, Empire State Building, World Trade Center i cały niesamowity las drapaczy chmur w centrum miasta. Nasz samolot do Dallas był nieco mniejszy od DC-10, za to zdecydowanie przytulniejszy. Był to Boeing 737, należący do American Airlines. Jak już wspomniałem -- był przytulniejszy niż DC-10. Miał po trzy rzędy siedzeń po każdej stronie i dużo niżs zy sufit, co właśnie dawało miłe wrażenie przytulności. W oparciach siedzeń znajdowały się nawet telefony do użytku pasażerów. Samolot miał odlecieć o godzinie 20, ale gdzieś tam na trasie była zła pogoda, więc odlot przeciągnął się aż do 21.30. Jednak bardzo dobrze, że się tak stało. Dlaczego? Otóż już około 20 zaczęło się robić ciemno i mieliśmy okazję zobaczyć Nowy Jo rk w nocy. LaGuardia jest położona koło jakiejś sztucznej zatoki, czy czegoś w tym rodzaju. W każdym razie -- nad wodą. Dlatego gdy wokół nas rozjarzyły się światła wielkiego miasta, mieliśmy dodatkowe wspaniałe wrażenia, pochodzące od świateł odbijający ch się w wodzie. Ta woda jest naprawdę blisko. Kiedy samolot startował, to jechał pasem startowym równolegle do tego kanału, czy zatoki tak blisko, że całe jedno skrzydło znajdowało się nad wodą. Dopiero jednak gdy wystartowaliśmy, naszym oczom ukazało się całe olśniewające piękno ogromnego miasta w nocy. Gdzieś przez 10 minut lotu samolotu jedynym, co widzieliśmy przez okna, był rozświetlony Nowy Jork. Tuż po starcie, gdy samolot jest je szcze nisko, widać sznury świateł jadących samochodów, światła uliczne, wielkie mosty wiszące, ogromne reklamy świetlne. Taaaak, to jest Nowy Jork. Później, gdy samolot się wzniesie, wrażenie jest równie niesamowite. Światła widać dosłownie od horyzontu po horyzont -- ze wschodu na zachód i z północy na południe. Ocean świateł. Nie widać wtedy oczywiście pojedynczych samochodów, czy neonów, a jedynie ulice i połączone światła domów -- miasto wygląda jak ogromna kratownica, złożona z przecinających się d róg. Gdy samolot jest w górze, to zasięg widzenia jest całkiem spory, a i tak rozświetlone miasto rozciąga się na całym widzialnym obszarze przez około 10 minut. Coś niesamowitego. Nawet kiedy już zostawiliśmy Nowy Jork poza sobą, można było jeszcze prze z jakiś czas oglądać ogromną łunę świateł spoza horyzontu. Dla kogoś, kto często lata samolotem do wielkich miast, moje zachwyty mogą być śmieszne, jednak przecież każdy kiedyś zobaczył to po raz pierwszy i z pewnością również wywarło to na nim wielkie wrażenie.

następny odcinek...