...poprzedni odcinek


WYPRAWA DO TEKSASU
NOWY JORK-DALLAS

Mówiłem już, że Boeing 757 jest mniejszy od DC-10. Jednak wielkość to nie wszystko. Tym samolotem leciało się znacznie przyjemniej i milej. Duży wpływ na to miało z pewnością to, że lot odbywał się w nocy. Głównie jednak chodzi o to, że stewardessy tutaj były 10 razy ładniejsze i sympatyczniejsze od tych z LOT-u. Tamte z LOT-u swoim zachowaniem często przypominały mi sprzedawczynie z polskich sklepów z okresu tzw. komuny. Zaś amerykańskie panienki -- jak zresztą każdy w Ameryce -- zawsze miały u śmiech i miłe słowo dla pasażerów i naprawdę można było poczuć się gościem na pokładzie. Lot z Nowego Jorku do Dallas trwa 3 godziny (tyle, co pociągiem z Jeleniej Góry do Wrocławia), jednak my lecieliśmy około 4 godzin, gdyż była zła pogoda. Ta zła pogoda była właśnie przyczyną opóźnienia odlotu o godzinę, była również przyczyną kolejnego niezapomnianego przeżycia.

Ponieważ cały lot odbywał się w nocy, a my od 30 godzin byliśmy w podróży, więc wszystkich od razu zmorzył sen. Światła wewnątrz samolotu były zgaszone, więc było ciemno -- dlatego też przed pójściem spać nie zasunąłem zasłonki na okno. W pewnym momencie obudziłem się i jeszcze niezupełnie dobudzony spostrzegłem, że ciemne niebo za oknem jest jakoś dziwacznie rozświetlane -- jakimś ostrym, pulsującym światłem. Co to może być? Światła naszego samolotu? Inny samolot? UFO? Nie. Kiedy wyjrzałem prze z okno, spostrzegłem, że pogoda rzeczywiście nie jest rewelacyjna. Na zewnątrz szalała straszliwa burza z piorunami. Tego widoku naprawdę nie można zapomnieć. Samolot leciał nad chmurami, więc w dole było widać ich biały ocean. I wśród tych chmur raz po raz przemykały pioruny -- albo przelatywały od jednej do drugiej chmury, rozświetlając niebo oślepiającym błyskiem, albo też uderzały od chmury w dół -- do ziemi. Wówczas niebo nie było oświetlane bezpośrednio, a jedynie cała chmura świeciła się jak gdyb y własnym światłem. Jeśli dodamy do tego fantastyczne kształty tych oświetlanych chmur, które wyglądały jak góry i potężne wieże, to zdajecie chyba sobie sprawę z piękna tego, co ujrzałem. Tym bardziej, że burza tam wysoko jest dużo bardziej intensywna, niż na ziemi. Z samolotu widać wielki obszar, tak więc w każdej chwili widać kilka, jeśli nie kilkanaście wyładowań w różnych częściach nieba, które wprost kipi światłem. Tu potężna iskra przemyka poziomo pomiędzy chmurami, tu znów widać jakby jarzący si ę pień drzewa, rozpościerający się pionowo między innymi chmurami, jeszcze inne są rozświetlone od wewnątrz. I to na całym widocznym obszarze nieba -- wszędzie mrowie świateł, ale tym razem nie sztucznych świateł miejskich, ale potężnych elektrycznych wy ładowań. Było to tak piękne, że nie poszedłem znowu spać, zanim ostatnie rozbłyski nie zostały daleko za nami.

W Dallas, na lotnisku Fort Worth byliśmy o godzinie 1 według naszych zegarków. Jednak lecąc z Nowego Jorku przekroczyliśmy znowu granicę stref czasowych i zegarki trzeba było cofnąć o godzinę -- mieliśmy zatem dopiero północ. Wzięliśmy bagaże z t aśmociągu w odpowiedniej sali. Zapowiadało się nam niezłe czekanie, gdyż samolot do Tyler odlatywał dopiero o 6.45! Sala, w której siedzieliśmy szybko opustoszała i zostaliśmy tam sami (nie licząc telewizora). Jakoś nawet nie chciało nam się stamtąd wychodzić -- po prostu usiedliśmy na fotelikach i siedzieliśmy. Jakoś nie wydało się nam podejrzane, że wielkie lotnisko w wielkim mieście jest w nocy takie ciche i spokojne -- prawie cały czas byliśmy sami w całej hali. Od czasu do czasu przemknął jakiś spr zątacz. Budynek oczywiście był klimatyzowany, ale zachciało się nam odetchnąć rześkim nocnym powietrzem. Kiedy podszedłem do drzwi wyjściowych i te otworzyły się, poczułem się, jakbym znów był w Nowym Jorku na dworze. Ani krzty świeżego powietrza -- upał prawie jak w Nowym Jorku w dzień. Były 94 stopnie. To bardzo dziwne uczucie -- wokół ciemno, a upał, jakby przygrzewało słońce.

Cóż, i tak postanowiliśmy się przejść wzdłuż budynku portu lotniczego. Zabudowanie pasażerskie Fort Worth mają kształt dwóch ogromnych podków, połączonych ze sobą jednym końcem. Z nudów przeszliśmy aż do końca zabudowań -- do autostrady i z powrotem. Rzeczywiście to lotnisko jest wielkie. W Nowym Jorku było to widać, ale tu poczuliśmy to na własnych nogach. Na każdym dużym lot nisku w Stanach, które ma wiele oddalonych terminali, kursuje własne metro i autobusy lotniska. Tak było też w Fort Worth. Przechadzając się widzieliśmy od czasu do czasu w dole, w wykopie pod budynkiem przemykające wagoniki metra. Wyglądało to bardzo śmiesznie, gdyż nie mają one maszynisty (są automatyczne), a wtedy w nocy nie było również żadnych pasażerów. Miało się wrażenie, że to przejeżdża pociąg-widmo. W okolicach lotniska też zresztą nie widzieliśmy żywej duszy -- spacerowaliśmy gdzieś 45 minut i nie zobaczyliśmy ani jednego człowieka. W końcu znudziło się nam takie łażenie i wróciliśmy do naszej sali. W pewnym momencie jakiś człowiek, który -- sądząc po stroju -- wyglądał na pilota, zapytał nas, co to za język, w którym rozmawiamy. Kiedy mu odpowiedzieliśmy, że to język polski , był dość zdziwiony -- przypuszczał, że to język portugalski. Był jednak bardzo uprzejmy i poczęstował nas Pepsi-Colą z automatu w pokoju służbowym i przez jakiś czas miło sobie gawędziliśmy. Później jakiś człowiek z obsługi lotniska spostrzegł, że siedzimy tu już dość długo, więc podszedł i zapytał, czy wszystko w porządku. Myślał, że może mamy jakieś kłopoty z bagażami albo coś w tym rodzaju. Kiedy dowiedział się, że spędzamy noc na lotnisku w oczekiwaniu na samolot, zniknął gdzieś na chwilę i powrócił z czterema paczuszkami. Były to elegancko zapakowane w skórzane etui firmowe zestawy kosmetyczne American Airlines, abyśmy mogli dokonać porannej toalety. Trzeba przyznać, że potrafi ą się tam troszczyć o klienta. Było tam wszystko, co mogłoby być przydatne -- pasta i szczoteczka do zębów, pianka i maszynka do golenia, woda po goleniu, różne mydełka, szampony, odżywki do włosów, dezodoranty, płyn do płukania ust i inne przydatne rzeczy.

W końcu jakoś nadeszła godzina 6. Idziemy nadać bagaże i spytać się, z której bramy ("gate") odlatujemy. A tu się okazuje, że nasza brama znajduje się w zupełnie innej części lotniska. Jak nam zaczęli tłumaczyć, jak tam dojść, to trochę zwątpili śmy. Już myśleliśmy, że nie zdążymy na samolot po 7 godzinach oczekiwania. Jednak lotnisko jest tak duże, że jeżdżą po nim elektryczne wózki do podwożenia pasażerów w różne odległe miejsca. Zabraliśmy się takim samochodzikiem i po jakichś 10 minutach byliśmy przy bramie 21B. Załatwiliśmy co trzeba z biletami, każdy dostał "boarding pass", po czym autobus zawiózł nas do naszego samolotu do Tyler. Była to maszyna linii "American Eagle", czyli oddziału "American Airlines", obsługującego krótkie połączenia lokalne.

następny odcinek...