...poprzedni odcinek


WYPRAWA DO TEKSASU
DALLAS-TYLER

Samolot był naprawdę mały i nawet nie był odrzutowcem. Miał dwa silniki na zwykłe śmigła. Łącznie z naszą czwórką leciało tylko 11 osób. Z jednej strony samolotu były dwa rzędy siedzeń, a z drugiej -- tylko jeden. Jeśli ktoś miał duży bagaż podręczny, to stewardessa sadzała go z tyłu samolotu, żeby ten mógł bezpiecznie unieść się w powietrze. Mimo, że samolot był (w moim odczuciu) strasznym gratem, to przynajmniej stewardessa była najładniejsza i najmilsza z tych, z którymi się dotąd zetknęliśmy podczas podróży. W czasie lotu było strasznie głośno, strasznie burczało, strasznie kołysało i rzucało, ale jakoś dotarliśmy. Lot był bardzo krótki -- około 45 minut. Całe szczęście, że jakoś dolecieliśmy. Od chwili naszego powrotu, do czasu, gdy piszę ten artykuł, już dwa samoloty tego typu, należące do "American Eagle" uległy katastrofom!

Wysiedliśmy na małym lotnisku w Tyler, weszliśmy do hallu, wzięliśmy bagaże i poszliśmy na parking. Upał oczywiście taki sam, jak wszędzie -- już się zaczęliśmy do tego przy zwyczajać. Ale co tam upał -- najśmieszniejsze jest to, że nikt na nas nie czeka!!!


JESTEŚMY NA MIEJSCU

Ale spoko, poszliśmy do budynku lotniska, znaleźliśmy w książce telefonicznej numer do biura Lefevre'a na uniwersytecie i zadzwoniłem tam. Niestety, Lefevre'a nie było. Rozmawiałem z jego sekretarką -- obiecała, że zadzwoni do niego do domu i przedstawi sprawę. Teraz trzeba było już tylko czekać. Usiedliśmy sobie na ławeczce przed budynkiem lotniska i czekamy. Czekamy, czekamy -- spoglądamy z nadzieją na każdy podjeżdżający samochód. Już wtedy zauważyliśmy, że w Ameryce jeździ się bardzo dużymi samochodami. Rzadko jeździ się samochodami osobowymi w europejskim znaczeniu tego słowa. Najczęściej używane są duże terenowe półciężarówki z wielką "paką" z tyłu. Samochód tego typu zwany jest w Ameryce (przynajmniej na Południu) "truck". Zwykły "mały" samochód osobowy to po prostu "car". Duży samochód osobowy na co najmniej 8 osób (zwany obecnie w Polsce "busem") to w Ameryce "van". I wreszcie potężna ciężarówka, to znowu "truck".

Gdzieś po godzinie zajechał zwykły, mały "car" (bodajże Ford). Wysiadł z niego wysoki, szpakowaty mężczyzna koło pięćdziesiątki i skierował się w naszą stronę. Poczuliśmy, że to ktoś po nas. Nie myliliśmy się. Był to sam Steven Lefevre -- dyrektor instytutu, na którym miał się odbywać nasz kurs. Podszedł do nas, przedstawił się, my też się przedstawiliśmy. Samochód Lefevre'a był za mały, żeby zabrać nas wszystkich razem z bagażami, ale zaraz miał przyjechać jeszcze jeden van (czyli tzw. bus), że by nas zabrać. Czas do jego przyjazdu spędziliśmy na miłej pogawędce. Wreszcie przybył van, którym przyjechała jedna z sekretarek ze Szkoły Nauk Wyzwolonych, jak nazywał się instytut, którym kieruje dr Lefevre. Sławek zabrał się z Lefevrem, a ja i dziewczyny zapakowaliśmy swe bagaże do wielkiego vana (oczywiście z klimatyzacją) i pojechaliśmy z sekretarką. Wtedy po raz pierwszy znalazłem się w roli, którą później przychodziło mi pełnić wielokrotnie -- mianowicie jeśli gdzieś z kimś jechaliśmy, to zawsze byłem "delegowany" do jechania z przodu i podtrzymywania konwersacji, gdyż moi towarzysze nie czuli się zbyt pewnie w języku angielskim. Lotnisko było dokładnie na przeciwnym krańcu miasta, niż uniwersytet, więc jadąc na miejsce jechaliśmy przez całe miasto.

Tyler jest nieco mniejsze niż Jelenia Góra, ma 75 000 mieszkańców, jednak jadąc przez miasto ma się wrażenie, że jest dużo większe. Przyczyną tego jest dużo większy ruch samochodowy. W Tyler, jak we wszystkich małych miastach amerykańskich, nie ma żadnej komunikacji miejskiej, wszyscy jeżdżą prywatnymi samochodami. Coś jeszcze później napiszę o roli samochodu w życiu Amerykanów. To, co mogłem zobaczyć teraz, to tylko to, że na ulicach jest mrowie aut i że nigdzie nie widać chodników, ani ludzi na ulicy. Niemal wszystkie drogi w mieście są czteropasmowe. Drugą przyczyną wielkiej powierzchni zajmowanej przez miasta na Południu jest to, że wszystkie budynki (no, może poza kilkoma bankami w centrum) są parterowe. Dzieje się tak dlatego, że ziemia w Teksasie jest bardzo tania -- gęstość zaludnienia jest bardzo mała. Teksas jest ponad dwa razy większy niż Polska, a ma tylko 20 milionów mieszkańców. No, a skoro ziemia jest tania, to skłania to raczej do rozbudowy wszerz, a nie wzwyż, jak na Północy. Jeśli zaś uwzględnimy, że w Ameryce w zasadzie każdy (może oprócz bezdomnych) ma swój własny dom (nie ma czegoś takiego, jak polskie "bloki"), często ze sporym ogrodem, to nie będzie niczym dziwnym duża powierzchnia miast.

następny odcinek...