...poprzedni odcinek


WYPRAWA DO TEKSASU
MIASTO

Po zarejestrowaniu się uznaliśmy, że trzeba jakoś dyskretnie wypytać się o forsę, którą mieliśmy dostać. Postanowiliśmy iść do Lefevre'a, dać mu prezent (ozdobny srebrny nóż do papieru z bursztynem) i dyskretnie wywiedzieć się o pieniądze. Prezent, jak i foldery i plakaty z Jeleniej Góry bardzo się Steve'owi spodobały. Nasz prezent był tym bardziej na miejscu, że okazało się, iż akurat tego dnia były jego urodziny. Trafiliśmy zatem w dziesiątkę. Kwestię pieniędzy zakamuflowaliśmy pytając, czy "będziemy jeszcze musieli ponosić jakieś koszty" związane z nauką, zakwaterowaniem itp. Oczywiście doskonale wiedzieliśmy, że nie, ale wydawało się nam, że nie wypada tak wprost pierwszego dnia iść i upominać się o forsę.

Pytanie trafiło w sedno. Okazało się, że każdy będzie dostawać $50 na tydzień na jedzenie. Właśnie na jedzenie -- zostaliśmy zobowiązani do przekazywania co dwa tygodnie paragonów ze sklepów, aby dowieść, że pieniądze rzeczywiście przeznaczamy na żarcie, a nie np. na papierosy, czy alkohol (to drugie byłoby raczej trudne, ale o tym później). W Ameryce bowiem na rachunku jest dokładnie wyszczególnione nie tylko to, za ile się kupiło, ale gdzie (to oczywiste), kiedy, o której godzinie, przy której kasie i komu się płaciło i -- co najważniejsze -- wypisane są nazwy wszystkich towarów, jakie się kupiło. Informacje o towarach są odczytywane czytnikiem kodów paskowych. Jak się potem okazało, $50 tygodniowo na osobę na jedzenie to całkiem niezła suma. Gdyby kupować jedzenie tylko w sklepach, to spokojnie można by wyżyć za $25, wcale nie głodując, a tak mogliśmy sobie pozwolić na całkiem częste wypady do knajp. Konieczność dostarczania rachunków również nie była żadnym problemem. Jeśli chciało się coś zaoszczędzić, to w każdym sklepie w koszy kach zawsze walało się trochę paragonów, które można było zabrać i potem oddać sekretarce Lefevre'a. Oprócz tego dowiedzieliśmy się -- co nas nieco zaintrygowało -- że niedługo mamy spotkać się z jakimś Polakiem o swojskim imieniu Andrew, który pracuje dla miejscowego kościoła katolickiego. Jaki Polak? Jaki kościół? Brzmiało to tajemniczo, ale nie wypytywaliśmy zbytnio Steve'a. Jak mamy go spotkać, to go spotkamy.

Niestety, nawet po dopełnieniu formalności nadal nie było nam dane odpocząć. Trzeba było przecież coś kupić do jedzenia. I tu po raz pierwszy stanął przed nami problem braku samochodu. Jak wspomniałem, uniwersytet był położony ładny kawałek od miasta -- do najbliższych sklepów było około 3 km. Dowiedzieliśmy się od Kati, że ona z mężem mają wypożyczony samochód. W Ameryce wypożyczalnie samochodów ("rent-a-car") są bardzo rozpowszechnione, jeśli np. ktoś leci samolotem w inną część kraju, to na miejscu wypożycza samochód. Nie jestem pewien, czy Kati sama płaciła za wypożyczenie, czy też koszt pokrywał uniwersytet. Nieważne, my i tak nie moglibyśmy pożyczyć samochodu, gdyż nikt z nas nie ukończył 25 lat, co było konieczne do ubezpieczenia wypożyczanego wozu. Zapowiadało się, że będziemy zdani na łaskę Kati lub kogoś innego.

Tego popołudnia rzeczywiście Kati wybierała się do miasta po zakupy, więc wzięła nas ze sobą. Mieliśmy okazję przyjrzeć się miastu. W tej części, do której pojechaliśmy na zakupy, znajdowały się wyłącznie sklepy i knajpy. Mieszkania -- jak w każdym amerykańskim mieście -- znajdowały się na przedmieściach. Jeszcze inną częścią było downtown (śródmieście), gdzie znajdują się banki, biura, hotele itp. Tylko w śródmieściu były jakiekolwiek budynki piętrowe. Wszystkie domy, sklepy i restauracje są parterowe. Kiedy zobaczyłem dokładniej, jak wygląda Tyler, zrozumiałem, że samochód jest tutaj konieczny jak powietrze. Mówiłem już, że nie ma komunikacji miejskiej. Wszędzie dociera się własnym samochodem. Nigdzie nie ma nawet śladu chodnika, więc na ulicach Tyler nie ma wcale ludzi. Każdy sklep, każda knajpa, każde kino, stadion, zakład usługowy i co tylko można sobie wyobrazić ma własny parking dla klientów, którego wielkość jest oczywiście uzależniona od wielkości danej placówki. Wielki supermarket ma parking na kilkaset wozów, a jakiś sklepik ze starociami -- na kilka. Parking jednak musi być , gdyż klient zawsze przybywa na miejsce samochodem (a czym ma przybywać, jak nie ma chodników). Pieszo nie chodzi więc nikt. Nóg używa się w domu, oraz żeby przejść kilka metrów z domu do samochodu i ze sklepowego parkingu do samego sklepu i z powrotem. Dla nas -- Europejczyków było to wręcz szokujące, bowiem w Europie nawet w bogatych krajach zachodnich chodzenie jest czymś normalnym. W Ameryce natomiast chodzenie jest czymś jak najbardziej nienormalnym i jeśli widzi się kogoś idącego pieszo, to znaczy, że albo ma on jakieś kłopoty (popsuł mu się samochód lub spotkała go inna przygoda), albo że my możemy mieć kłopoty z jego strony.

Tak, czy inaczej osobnik idący pieszo jest na tyle podejrzany i stanowi widok na tyle kuriozalny, że jest absolutnie pewne, iż szybko zainteresuje się nim policja -- bowiem albo potrzeba mu w czymś pomóc, albo go zwinąć. Tak, czy tak -- policjanci zawsze sprawdzają takich typków. Samochodowe szaleństwo posunięte jest do tego stopnia, że niemożliwe jest nawet przejście pieszo na drugą stronę jezdni -- na przykład do sklepu naprzeciwko. Skoro nie ma chodników, to nie ma i przejść dla pieszych, a przechodzenie pieszo przez czteropasmową jezdnię, po której bez przerwy mknie sznur samochodów z prędkością 100 km/h może być ryz ykowne. Tak więc i na drugą stronę ulicy trzeba przejeżdżać samochodem.


JEDZENIE

Dotarliśmy zatem do wielkiego supermarketu sieci spożywczej Brookshire's. Zajechaliśmy na parking i pędem przeszliśmy z klimatyzacji samochodu do klimatyzacji sklepu. Jeśli zdarza się, że trzeba przejść kilka kroków na powietrzu, to każdy stara się to zrobić jak najszybciej, by nie być prażonym przez słońce, tylko jak najszybciej znaleźć się w pomieszczeniu, które oczywiście jest klimatyzowane.

Amerykańskie supermarkety są naprawdę ogromne. Taki sklep ma postać prostopadłościanu o podstawie kwadratu mniej więcej 100 x 100 metrów, więc całkiem spora powierzchnia. Musi ona jednak być duża, gdyż pamiętajmy, że wszystkie sklepy są parterowe. Brookshire's jest siecią spożywczą, więc w sklepie była tylko żywność. Jeśli sklep spożywczy ma taką wielkość, jak wspomniałem, to możecie sobie wyobrazić, jak jest zaopatrzony. W supermarkecie można kupić absolutnie wszystko, a przede wszystkim każdego rodzaju jedzenia (czy innego towaru) jest mnóstwo odmian. Jeśli więc mamy fasolę w puszce, to mamy do wyboru kilkanaście konkurencyjnych odmian, jeśli chleb, ser, jogurt, pizza, ciastka, sałatki i wszystko inne -- to samo. W każdym amerykańskim sklepie jest takie mrowie towarów do wyboru, że obecne (przecież dobrze zaopatrzone) polskie sklepy wyglądają w porównaniu z amerykańskimi tak, jak nasze sklepy z okresu stanu wojennego w porównaniu z obecnymi. Jeśli wejdzie się na przykład do części z warzywami i owocami, to oczy wprost rwą się do tych pięknych lśniących jabłek, do arbuzów, brzoskwiń, pomidorów i inne j zieleniny. To samo w każdej innej części sklepu.

Niestety. Pozory mylą. Amerykańskie jedzenie kupowane w sklepach jest zazwyczaj bardzo niesmaczne, przynajmniej dla nas Europejczyków. Każda rzecz do jedzenia, którą kupuje się w sklepie jest albo mrożona, albo puszkowana, albo zapaczkowana tak, że traci wszelkie pozory naturalnego jedzenia. Nawet te cudownie wyglądające warzywa są wprost sztuczne -- jabłka błyszczą się, bo są pokryte woskiem, a wszystkie warzywa są totalnie naszprycowane sztucznymi nawozami i środkami sztucznie przedłużającymi świeżość i podwyższającymi ciśnienie komórkowe, co daje ładny wygląd. W smaku jest to jednak zazwyczaj ohydne, plastykowe. Gotowanie w Ameryce polega na otwarciu puszki i podgrzaniu jej zawartości, albo na odgrzaniu gotowej potrawy w kuchence mikrofalowej. W ogóle nie kupuje się świeżych produktów. Nawet warzywa, owoce i mięso pakowane są w folię z dodatkiem konserwantów. Pojęcie "świeży" produkt niezbyt ma sens, gdyż nawet jeśli coś wygląda na naturalne jedzenie -- jak nieprzetworzone mięso, truskawki, jabłka, czy kukurydza, to jest to hermetycznie zapakowane w folię i "doprawione" środkami sztucznie przedłużającym i ładny wygląd.

Przez cały czas pobytu, gdy sami "gotowaliśmy" sobie posiłki, mieliśmy wrażenie, że znajdujemy się na pikniku pod namiotami, gdzie podstawowym menu są zazwyczaj konserwy. Dam wam mały przykład, czym jest amerykańskie jedzenie. Specjalnie przepisałem z opakowania skład chemiczny czegoś, co w Ameryce nazywa się "żółtym serem" i czegoś, co nazywa się "chlebem". Cudzysłowów użyłem z rozmysłem, gdyż obie te rzeczy chyba tylko z nazwy są tym, czym są. Oto składy (w języku angielskim, gdyż tak robi to lepsze wrażenie):

"SER": water, whey, casein, partially hydrogenated soybean oil, sodium citrate, salt, lactic acid, enzyme-modified cheese (cultured milk, water, cream, sodium citrate, salt, sodium phosphate, enzymes, sorbic acid), sodium phosphate, modified food starch , calcium phosphate, natural flavor, sorbic acid, artificial color, a trivial amount of cholesterol, zinc oxide

"CHLEB": unbleached enriched wheat flavor (flour, malted barley flour, niacin, reduced iron, ferrous sulfate, thiamin mononitrate, riboflavin), water, high fructose corn syrup, yeast, hydrogenated soybean oil, salt, dough conditioners (sodium stearoyl lac tylate, calcium stearoyl-2-lactylate, calcium iodate, calcium peroxide), calcium sulfate, calcium propionate, monocalcium phosphate, ammonium sulfate, monoglycerides, wheat gluten

Nie znam się na chemii i nie potrafię przetłumaczyć większości z tych nazw, ale kiedy potem -- już w Polsce -- pokazałem te spisy mojemu kumplowi, który studiuje chemię, jego odpowiedź była następująca, cytuję: "Przecież to się wszystko w cholerę utleni." Koniec cytatu. Jak widzicie, nawet najprostsze artykuły żywnościowe to całe laboratoria zakamuflowane pod nazwą "ser", czy też "chleb". Ani jedno, ani drugie nie przypomina prawie wcale tego, co my w Polsce rozumiemy pod tym pojęciem. Ser mianowicie ma konsystencję starej, zwietrzałej gumy, która rwie się na kawałki pod byle naprężeniem, chleb zaś przyrównałbym już nawet nie do waty, ale do powietrza. Kiedy weźmie się kromkę takiego chleba (jest sprzedawany w woreczkach z osobnymi kromkami) do ręki, to ma się wrażenie, że nic nie ma się w ręce. Jeśli złapiemy za róg takiej kromki, to jest duża szansa, że reszta sama się oderwie i spadnie na podłogę. Przy smarowaniu masłem (słonym jak w Polsce w stanie wojennym -- jeszcze jeden konserwant) trzeba bardzo uważać , żeby nie zrobić dziury w chlebie i żeby go totalnie nie sprasować.

Pewnego razu zniechęceni jakością amerykańskiego chleba kupiliśmy coś, co nazywało się "French Bread", a więc chleb francuski. Wyglądał trochę normalniej, gdyż nawet miał skórkę i był pod postacią bochenka (oczywiście zapakowanego w folię). Okazało się jednak, że to coś jest całkowicie niemożliwe do ukrojenia -- tak potwornie jest miękkie i watowate. Trzeba było po prostu odrywać kawałki, więc o posmarowaniu masłem, czy zrobieniu kanapki nie było mowy. Zniechęceni odłożyliśmy do szafki ledwo napoczęty bochenek i zapomnieliśmy o nim. Przypomnieliśmy sobie po dwóch tygodniach i cóż się okazało. Otóż cały chleb pokryty był przepięknym wprost puszystym kobiercem pleśni, przy czym sam nie stwardniał w najmniejszym stopniu -- nadal był miękki jak wata. Świadczy to o tym, że był naszpikowany środkami sztucznie przedłużającymi świeżość -- już spleśniał, a jeszcze był "świeży".

Jak zwykle przy okazji wspomnienia o czymś nasunęła mi się dygresja. Gdy zobaczyłem tę cudowną pleśń, to pomyślałem sobie, że w moim ogólniaku na lekcji biologii dostałbym za ten okaz piątkę. Było to cztery lata temu -- każdy miał wyhodować w słoiku pleśniaka i przynieść go do oceny. Niektórzy mieli piękne puszyste pleśniaki, a niektórzy marne -- malutkie. Jeden gostek przyniósł pleśniaka, który wyrósł na resztkach śledzi w słoiku, inny na kiszonych ogórkach, jeszcze inny na owocach z kompotu. I nni mieli problemy tego typu, że na początku wyrósł piękny pleśniak, ale potem musiał ustąpić miejsca pędzlakowi i kropidlakowi. Tacy gościowie zamiast białego puchu pokrytego czarnymi punkcikami mieli jakieś zielono-niebieskie plamy. Ci, którzy nie przy nieśli pleśniaka, starali się coś wykombinować. Na przykład mój kumpel Sławek położył do słoika kawałek chleba, pokrył go watą, a na watę pokruszył grafit z ołówka (niby zarodnie) i... dostał czwórkę. Oczywiście jestem pewien, że facetka wiedziała, że to nie jest pleśniak, ale doceniła inwencję, a że była z niej równa babka i jako klasie mat-fiz stosowała nam taryfę ulgową -- postawiła niezły stopień. Wszystko to brzmi bardzo głupio, ale jakoś tak przypomniało mi się to ocenianie pleśniaków i strasznie mnie to rozbawiło.

Wracam do amerykańskiego żarcia. Mówiłem, że ciężko jest kupić coś świeżego. Tak jest prawie ze wszystkim, co kupuje się w sklepie do jedzenia. Jest to coś mrożonego do odgrzania w mikrofalówce, coś w puszce lub coś zapaczkowanego do odwinięcia z co najmniej trzech warstw folii. Składy chemiczne różnorakich specjałów również nie różnią się zbytnio od składów przytoczonych powyżej -- wszystko zawiera więcej składników syntetycznych, niż naturalnych. Wielką manią i świrem Amerykanów jest tzw. zdrowa żywność. Co najmniej połowa wszystkich oferowanych artykułów jest "fat free", "sugar free", "caffeine free", "cholesterol free", a w ostateczności "very low fat", czy "very low sugar". Mamy zatem kawę bez kofeiny, ciastka z kremem czekoladowym bez cukru i tłuszczu, boczek bez tłuszczu, śmietankę do kawy bez tłuszczu, jajka bez cholesterolu (!?) itp. Gdzie się nie spojrzy -- wszystko jest "coś tam free". We wszystkich tych towarach składniki naturalne, może i nienajzdrowsze, zastępowane są syntetycznymi środkami smakowymi i imitującymi oryginały. Jednak żywność taka wcale nie jest taka zdrowa, jak głoszą hasła na etykietkach i reklamy. Np. w produktach "sugar free", a więc bez cukru, jest stosowany jakiś środek zastępczy, którego działanie na ludzi nie zostało jeszcze dokładnie zbadane, ale szczury laboratoryjne dostawały od niego raka wątroby. Dowiedziałem się o tym, gdyż raz przyjrzałem się dokładnie etykietce jakichś słodyczy "sugar free" i stwierdziłem obecność napisu informującego o tym fakcie. Napis był wydrukowany tak małą czcionką i na tak odległym obrzeżu pudełka, że nikt nie zwraca nań uwagi, każdy widzi tylko krzyczące napisy o dietetyczności danego wyrobu. Producenci muszą umieszczać tego typu ostrzeżenia, gdyż jeśli coś się komuś stanie (czytaj -- jeśli ktoś dostanie raka), to nie będą musieli płacić mu odszkodowań -- w końcu oni go ostrzegali. Te ostrzeżenia to coś w rodzaju napisu "palenie albo zdrowie -- wybór należy do ciebie" umieszczanego maleńką czcionką na reklamach papierosów. Na tych rzeczach powinien więc być napis "zdrowa żywność albo zdrowie -- wybór należy do ciebie".

Całe szczęście, że większość wyrobów nadal oferowana jest również w wersji tradycyjnej, a więc z tłuszczem, z cukrem, z cholesterolem i kofeiną, a za to bez jakichś podejrzanych substytutów. Zresztą po Amerykanach jakoś nie widać zbawiennych skutków pozbycia się z diety cukru i tłuszczu i jedzenie tylko tego, co jest "diet". Takiej ilości grubasów i tłuściochów w życiu nigdzie nie widziałem. Całe to gadanie o wysportowanych Amerykanach i o Amerykankach o idealnych figurach to jeden wielki mit. Jeśli zobaczymy gdzieś dziewczynę, która jest naprawdę szczupła i zgrabna, to możemy mówić o szczęściu. W sklepie, w kinie, w knajpie, na uniwersytecie -- wszędzie same nieforemne grubasy. To, co piszę, to nie żadne wyolbrzymianie! O dziewięciu na dziesięć Amerykankach można z czystym sumieniem powiedzieć, że są po prostu grubasami i niczym innym. Dotyczy to zarówno młodych dziewczyn, jak i starszych kobiet, czy też babć. Miejscem, gdzie zazwyczaj można bez obrzydzenia popatrzyć na kobiety są zazwyczaj restauracje -- kelnerki są raczej zgrabne i ładne. Nie dotyczy to oczywiście knajp typu MacDonald, gdyż tam nie ma kelnerek. Tak, czy inaczej -- zdrowa żywność i poruszanie się wszędzie wyłącznie samochodem jakoś nie służą zdrowiu mieszkańców USA, a w każdym razie to dietetyczne jedzenie nie daje im zgrabnych sylwetek. Ja jeśli robiłem w sklepie zakupy to jak ognia unikałem wszystkiego, co było "diet" lub "coś tam free". Wolę jeść rzeczy niezdrowe, ale przynajmniej w połowie naturalne, gdyż aby kupić w sklepie coś całkiem naturalnego -- można tylko pomarzyć. Bardzo szybko naszym przysmakiem stała się jajecznica -- jajka bowiem w Stanach mniej więcej przypominają te w Polsce i są bardzo tanie (50 centów za 12 dużych jajek), zatem można było zjeść coś, co smakowało po ludzku.

Było jednak coś z typowo amerykańskiego "sklepowego" jedzenia, co bardzo, ale to bardzo mi -- i nie tylko mi -- smakowało. Były to mianowicie amerykańskie ciasteczka czekoladowe, czyli tzw. "Chocolate Chip Cookies". Są to znakomite kruche ciasteczka z mnóstwem kawałeczków czekolady w środku i na zewnątrz. Jak już zacznie się jeść, to nie można przestać (jak ktoś się boi utyć, to niech kupuje wersję "fat free" w niebieskim opakowaniu). Najlepsze są "Chips Ahoy!" i "Sam's Choice Chocolate Chip Cookies". Rewelacja!

Jeśli już jestem przy sklepowym jedzeniu, to jeszcze wspomnę o tym, jakie napoje pija się za oceanem. Oczywiście bardzo popularna jest "Pepsi" i "Coca-Cola" i "Sprite" -- to tak, jak u nas. Najpopularniejszym jednak od lat napojem jest "Dr Pepper". Kiedy pierwszy raz z ciekawości kupiłem ten napój i go spróbowałem, to uznałem, że zmarnowałem pieniądze. Szybko jednak przekonałem się, że "Pepper" jest po prostu znakomity -- ma smak jakby korzenno-ziołowy i pozostawia przez długi czas w ustach specyficzny posmak -- ni to goryczkowaty, ni to kwaśny. Kolorem przypomina "Coca-Colę". Trudno jest opisać tan smak, gdyż jest on bardzo specyficzny i nigdzie w Polsce, ani nawet w Europie nie piłem niczego o zbliżonym smaku. Zresztą nawet w całej Ameryce "Dr Pepper" nie jest dostępny -- jest produkowany i sprzedawany tylko na Południu, a może nawet tylko w Teksasie. Produkowane jest to ustrojstwo już od dawna (tak ze 100 lat), jest to zatem rówieśnik "Coca-Coli". Zresztą "Coca-Cola" produkuje podróbkę "Dr Peppera" pod nazwą "Mr Pibb", jednak ma to gorszy smak -- jest przesłodzony i nie ma tej fajnej goryczki i korzennego zapachu. Inną podróbką, również produkcji "Coca-Coli" jest "Cherry Coke". Napój ten ma etykietkę podobną do normalnej "Coca-Coli", tylko , że jest ona koloru fioletowego i umieszczona na niej rysunek wisienki. Jednak smak nie jest wcale wiśniowy, od razu można wyczuć, że to kolejna imitacja "Dr Peppera", nie dorównująca mu jednak. "Dr Pepper" rulez! Będzie mi brakowało tego znakomitego napitku.

Wszystkie napoje -- zarówno znanych, jak i nieznanych firm dostępne są w Stanach w kilku wersjach. Najpierw więc mamy wersję normalną, tradycyjną -- np. "Coca-Cola", "Pepsi", czy "Dr Pepper", żeby poprzestać na najpopularniejszych. Potem jest wersja "diet" -- więc "Diet Coke", "Diet Pepsi" i "Diet Dr Pepper". Napoje "diet" mają etykietki przypominające oryginał, ale jej tło jest zawsze białe. Jednak dla wielu to jeszcze za mało zdrowe. Następnym krokiem są napoje "diet-caffeine free", a więc również bez kofeiny ("Diet Pepsi Caffeine Free", "Diet Dr Pepper Caffeine Free"). Te -- niezależnie od producenta mają etykietki białe z nazwą napoju w złotym kolorze. Taki to już się przyjął standard. Ale to nie koniec amerykańskiego świra. Niektóre napoje dostępne są w wersji "crystal", a więc bez cukru, bez kofeiny i bez barwników. Taka np. "Crystal Diet Pepsi Caffeine Free" wygląda jak zwykła woda sodowa. Raz spróbowałem jej z ciekawości, ale była ohydna. Brak koloru powoduje zupełnie inne odczucia smakowe -- w umyśle istnieje związek między zmysłami i np. skojarzenie: smak "Pepsi" -- brunatny kolor napoju. A tu tego nie ma, wskutek czego całe to świństwo zupełnie inaczej smakuje, zresztą brak cukru i kofeiny też robi swoje. Tak, czy inaczej zawsze kupowałem tylko normalne, klasyczne wersje napojów.

Jak już mówię o "klasyczności" i o napojach, to przypomniała mi się jeszcze jedna ciekawostka. Otóż w Ameryce są dwie wersje zwykłej "Coca-Coli", czyli tej z cukrem i z kofeiną. Kilka lat temu zmodyfikowano nieco starą recepturę napoju i ten zmodyfikowany nazywa się po prostu "Coca-Cola", nadal jednak produkuje się według starego przepisu coś, co zwie się "Coca-Cola Classic". Nie byłem w stanie stwierdzić żadnej różnicy w smaku -- może to tylko chwyt reklamowy.

No dobra, rozpisałem się o napojach, to trzeba jeszcze wspomnieć o "Root Beer", co można przetłumaczyć jako piwo korzenne. "Root Beer" jest produkowane przez kilka firm. Nie jest to alkohol. Kolor ma jak cola, gazowane, smak rzeczywiście korzenny , ale miałem nieodparte wrażenie, że czuć w tym posmak mydła (?) Nie smakowało mi to. Jak pamiętają ci z was, którzy są wielbicielami gier przygodowych, "Root Beer" odegrało poczesną rolę przy pokonaniu złego LeChucka w Monkey Island I. Jest to jak wiado mo znakomity środek do zwalczania duchów. Po tym, co napisałem wcześniej nikt chyba nie ma wątpliwości, że "Root Beer" istnieje też w wersjach "diet" i "diet caffeine free".

W Stanach w ogóle już chyba nie używa się szklanych butelek -- wszystkie napoje są sprzedawane w puszkach, lub w plastykowych butelkach. Najpopularniejsze są butelki o pojemności dwa litry. Taka butelka kosztuje od 58 centów do $1.15 -- zależy od napoju i od sklepu. Jest to zatem dużo taniej niż w Polsce, gdzie dwulitrowe butelki napojów Coca-Coli kosztują 30 tys. zł, a więc o wiele drożej.

Dobra -- koniec już o napojach, bo już i mnie zaczyna to nudzić. W Ameryce jeśli kupuje się żywność, to robi się dużo większe zakupy niż w Polsce. Jest kilka przyczyn. Po pierwsze -- supermarkety są na tyle dużymi sklepami, że w każdym z nich można kupić wszystko, co się chce. Jeśli wejdzie się do Brookshire's, czy Super One (to sieci supermarketów wyłącznie spożywczych), to można kupić każdy rodzaj jedzenia, jaki jest potrzebny. Nie ma osobnych sklepów mięsnych, warzywniczych, piekarń itp. Wszystko kupuje się pod jednym dachem. Po drugie -- skoro i tak wszystko jest zamrożone, zapuszkowane albo w inny sposób zakonserwowane, to można kupić raz, a więcej. Po trzecie -- i tak na zakupy przyjeżdża się samochodem, nie ma noszenia zakupów w torbach w ręce, a zatem ilość i masa zakupów nie są przeszkodą. Amerykanie robią więc zakupy jedzenia nie częściej niż dwa razy w tygodniu. Dostosowane do tego są wózki sklepowe -- o wiele większe, niż w Polsce, a poza tym znacznie głębsze. Można do nich zapakować ile się tylko chce. Trzeba tu wspomnieć o dbałości właścicieli sklepów o osoby niepełnosprawne (oczami wyobraźni widzę dr Goebbelsa i Laca zgrzytających zębami ze złości). Mianowicie dla tych ludzi przeznaczone są w sklepie specjalne pojeździki elektryczne z wózkiem na przedzie, tak więc osoba niepełnosprawna może bez problemu dokonywać zakupów. Nie ma problemu z jeżdżeniem takim wózkiem po sklepie, gdyż w każdym supermarkecie układ sklepu jest tak zaprojektowany, aby w każdym miejscu mogły bezproblemowo wyminąć się dwa wózki. Każdy wózek ma miejsce na posadzenie dziecka. Kiedy robi się zakupy na cały tydzień, to mogą one trochę trwać, a co zrobić z małym dzieckiem? Dlatego też istnieje osobna przegródka do której sadza się dzieciaka, który może wystawić nogi przez spe cjalne otwory, oprzeć się o przegródkę i wygodnie sobie siedzieć. Kiedy już wpakujemy wszystko do wózka podchodzimy do jednej z dwudziestu, czy trzydziestu kas. Kasjerka z uśmiechem na twarzy pyta nas, jak się mamy, po czym szybko przesuwa każdą rzecz przed czytnikiem kodów paskowych. Na wydrukowanym przez kasę paragonie wyszczególniona jest każda rzecz, którą kupiliśmy z osobnym podaniem nazwy i ceny każdego artykułu. Te właśnie paragony mieliśmy zachowywać, by potem pokazać, że daną nam forsę rzeczywiście przeznaczyliśmy na żarcie. W rzeczywistości oczywiście zawsze można było wziąć sobie jakiś poniewierający się w koszyku paragon jeśli chciało się coś zaoszczędzić. Obok kasjerki stoi gostek, który od razu pakuje wszystko do firmowych toreb sklepu (zawsze pytają, czy chcemy papierowe, czy foliowe torby), po czym prosi nas, abyśmy prowadzili do samochodu. My idziemy sobie do samochodu, a facet pcha wózek za nami przez sklep, a potem przez parking. Rola klienta sprowadza się do otwarcia bagażnika, a facet sam wszystko przepakuje, podziękuje i sobie pójdzie. W niektórych sklepach trzeba samemu dopchać sobie wózek do samochodu (co za lekceważący stosunek do klienta!). Oczywiście nigdzie nie ma żadnych progów -- kolejne ułatwienie dla inwalidów. Później taki wózek zostawia się na parkingu, razem z inny mi wózkami. W ten sposób tworzą się "pociągi" czasem nawet z kilkudziesięciu wózków. Jest bardzo zabawne, jeśli taka dżdżownica zacznie zjeżdżać po pochyłości parkingu, uderzając na przykład w czyjś samochód, wtedy oczywiście sklep musi zapłacić odszkodo wanie.

następny odcinek...