...poprzedni odcinek


WYPRAWA DO TEKSASU
JESZCZE O CAMPUSIE

Mój artykuł nie ma mieć charakteru chronologicznego opisu wydarzeń, ale warto pamiętać, że ciągle jestem przy wydarzeniach pierwszego dnia pobytu. Nie martwcie się, nie będę opisywał każdego dnia. Np. opis sklepów, zakupów i jedzenia opierał się na doświadczeniach całego pobytu.

Tak więc po wstępnym wykładzie dostaliśmy książki i poszliśmy do domu. Wieczorem, o godzinie 19 odbywało się tzw. "Pizza & Volleyball Party". Tego rodzaju imprezy odbywały się dosyć często. Czasem były to "Ice-cream Party". Ogólnie rzecz biorąc polegało to na tym, że na basenie campusu spotykali się zamieszkali tam studenci i spędzali czas na pogawędkach, zajadając się pizzą i popijając napoje z puszki, lub też jedząc lody. Tego rodzaju spotkania były niezłą okazją do dobrej wyżerki za darmo, gdyż niczego nie trzeba było kupować -- wszystko było "free". Potem zazwyczaj do późnej nocy grało się w plażową siatkówkę, lub też w "wodną" siatkówkę -- przy pomocy siatki przewieszonej w poprzek basenu.

Podczas pierwszej nocy, spędzanej w Tyler stwierdziłem obecność wielkiej ilości insektów. Nie, nie -- nie w domu, ale w ogóle. Na dworze pełno jest w nocy owadów, przypominających świerszcze (czy inne pasikoniki), tylko bardzo duże, chyba 7 cm. Myślę, że to chyba są cykady. Wygląda na to, że mają swoje siedziby na drzewach, jeśli bowiem nocą jest się w pobliżu parku, lasu, czy nawet pojedynczego drzewa, to słychać bardzo głośne cykanie. Właściwie, to nie jest to cykanie, a strasznie głośne, pulsujące brzęczenie, bowiem nie słychać odgłosów pojedynczych owadów, a całych tysięcy. Nie brzmi to, jak ciche granie świerszcza, jest to naprawdę bardzo głośne. Nasz dom stał niedaleko ogrodzenia campusu, koło lasu i w nocy nawet wewnątrz -- za ścianami i za zamkniętym oknem było słychać ten hałas. Kiedy natomiast w nocy wyszło się na taras, to powietrze wręcz wibrowało i rezonowało odgłosami tych insektów. Kiedy już się do tego przyzwyczaiło, było to jednak bardzo miłe i fajnie się zasypiało przy takim nocnym koncercie.

Następny dzień to był piątek. Przedpołudnie i wczesne popołudnie spędziliśmy na basenie, a kiedy wróciliśmy około 15 do domu, okazało się, że właśnie przed kilkunastoma sekundami przyjechali nasi współdomownicy -- Bułgarzy. Obaj brodaci. Jeden miał 25 lat, nazywał się Nikołaj i studiował filologię angielską, a drugi miał 24 lata, na imię Iwan i był studentem prawa. Ogólnie sprawiali sympatyczne wrażenie. Niki (czyli Nikołaj) mówił znakomicie po angielsku, ze świetnym akcentem i bogatym słownictwem, natomiast Iwan miał silny bułgarski akcent, często popełniał drobne błędy gramatyczne i brakowało mu słówek. Jego poziom nie był jednak zły, był po prostu przeciętny. Powiedzieliśmy im, co i jak z rejestracją, z wykładami, z jedzeniem i ze sklepami. Po ich przyjeździe studenci z Europy byli już w komplecie. Byliśmy zatem my -- czterej Polacy, czyli Sławek, Aśka, Baśka i Dersu-Uzała, czyli ja. Dalej naszych dwóch Bułgarów -- Iwan i Niki i ich towarzyszki -- Margarita, Sławka i Diana. Potem trzy Węgierki -- Eva, Maria i Kati. No i na koniec jeden Francuz -- Emmanuel. Wszyscy byli bardzo mili, oprócz Marii i Sławki. Obie miały tę samą wadę -- były jakieś takie nieprzystępne i "ciężko się z nimi rozmawiało" -- i nie chodzi tu bynajmniej o kłopoty językowe, a o zwykłą "zgorzkniałość" tychże dziewczyn.

Wieczorem nasza czwórka wybrała się na spacer po okolicy. Połaziliśmy sobie po terenie uniwersytetu, co było bardzo miłe, gdyż jak już wspominałem, jest on położony wśród drzew, polanek i jezior. Tam, gdzie są drzewa, są i cykady, więc nocny spacer po uniwersytecie odbywał się przy ich nieustannym brzęczeniu. Później obeszliśmy jeszcze okoliczne uliczki -- czyli lokalną bogatą dzielnicę z pięknymi domami i idealnie utrzymanymi trawnikami. W jednym z domów odbywał się piknik na tarasie i imprezow icze tak jakoś dziwnie patrzyli na cztery postacie, przemykające się nocą po ulicy (bo chodników -- jak wspomniałem -- nie było) koło ich domu. Nic dziwnego, że byliśmy dziwacznym zjawiskiem, przecież SZLIŚMY PIESZO.

Wiecie już, że jest to nienormalne, a jeśli nocą jakieś cztery nieznajome osoby chodzą pieszo koło twojego domu, to nie wróży to niczego dobrego. I tak mieliśmy fuksa, że nie zatrzymała nas policja, gdyż te bogate dzielnice są bardzo często patrolowane -- w końcu middle class chce mieć poczucie bezpieczeństwa własnego i swojego dobytku. Obcy nie mają tam co szukać.


WALKING SUCKS

W sobotę uznaliśmy, że trzeba znowu iść po zakupy. Niestety -- Kati właśnie oddała samochód, gdyż nie była przyzwyczajona do tak wielkiego ruchu ulicznego, jaki panuje w Tyler i bała się, że gdzieś stuknie wypożyczony samochód. Dziwaczka. Dziwaczka dziwaczką, ale coś jeść trzeba.

Dziewczyny wpadły na pomysł, który był totalnie poroniony, ale który później z powodu swej idiotyczności dał całkiem dobre skutki. Czyli -- nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Co to był za pomys ł? Bardzo prosty -- iść pieszo do najbliższego sklepu. Jakieś 3 kilometry w jedną stronę i 3 z powrotem z zakupami na 3 dni. Miła perspektywa, szczególnie jeśli pamięta się o tym, czym jest CHODZENIE PIESZO w Stanach. Odradzałem im to, jak mogłem, ale cała trójka się uparła. Zrezygnowany zgodziłem się. Wyszliśmy i idziemy tą ulicą. Po 10 minutach opuściliśmy teren uniwersytetu i wyszliśmy na właściwą drogę. Koło nas mkną samochody, wszyscy oglądają się za nami jak za idiotami. Na domiar złego zerwała się burza ze straszną ulewą. W Teksasie pada rzadko -- przez cały nasz pobyt padało 3 razy, ale jak już spadnie deszcz, to taki, że ulicami płyną potoki wody. Istne oberwanie chmury. Teraz to już wyglądaliśmy jak kompletni kretyni. Było nam już jednak wszystko jedno. Około minuty po opuszczeniu terenów uniwersytetu i wyjściu na drogę (szliśmy -- nie wiem dlaczego -- prawą stroną), jeden z samochodów, jadących w tym kierunku, co my, wyprzedził nas, po czym zawrócił, minął nas z przeciwka, za nami znowu zawrócił, dogonił nas i zatrzymał się.

Była to dwuosobowa półciężarówka z odkrytą "paką", która -- jak zwykle zresztą -- była pusta. Takie samochody to po prostu moda, a nie konieczność. Samochodem tym jechało starsze małżeństwo. Byli bardzo zaniepokojeni. Pytali, co się stało, czy mieliśmy awarię, czy mogą nam w czymś pomóc. Kiedy dowiedzieli się, że wcale nie popsuł nam się samochód, tylko że po prostu go nie mamy, byli niezmiernie zaskoczeni. Wprost nie mogli w to uwierzyć. Coś podobnego nie mieściło im się w głowie. Nie mieć samochodu!? Jak to? Gdy powiedzieliśmy im, że jesteśmy studentami z Polski, zapałali chęcią pomocy. Przepraszali nas, że w tym momencie są takim samochodem i że będzie niewygodnie jechać. Od razu bowiem zaproponowali nam, że zawiozą nas tam, gdzie tylko chcemy. Dziewczyny jakoś wcisnęły się do środka -- okazało się, że były tam takie małe krzesełka za fotelami, a my ze Sławkiem -- na pakę. Fajnie jedzie się na pace z prędkością 100 km/h, gdy leje ulewny deszcz, a paka nieprzystosowana do przewozu ludzi. Wtedy myśli się tylko o jednym -- trzymać się ile sił w rękach, aby nie fiknąć kozła na ulicę, pod koła innego wozu. Na zakrętach naprawdę nieźle rzucało. Przez tylną szybę kabiny widzieliśmy, że dziewczyny jak mogą starają się podtrzymać rozmowę.

następny odcinek...