I pożryj nasze serca, tak jak pożarłeś Ojców I Dzieci nasze...


Dźwięk wdarł się w sen nachalnym rykiem drgań i emocji, zakłócając jego subtelną strukturę. Nowy model programowalnego radia Zeitness mrugał ponuro matowymi LED'ami, dostrajając się do sunącego gdzieś w nieskończoności satelity Aztec.

...zabierz mnie do Achlys...

Ciekłokrystaliczny wyświetlacz z iście zjadliwym stoicyzmem wskazywał szóstą piętnaście. Czując napływającą znikąd falę irytacji i szarej nienawiści wyciągnęłam rękę i wcisnęłam wyłącznik, pozwalając ciszy rozlać się po pokoju.

...proszę, zabierz mnie...

Nareszcie zwlokłam się z łóżka i pozwoliłam myślom płynąć gdzieś obok, gdy tymczasem ciało opieszale wykonywało rytuał porannego doprowadzania się do stanu używalności. UŻYWALNOŚCI, też coś. Nie pamiętałam już dotknięć ostatniego mężczyzny, który wraz ze swoim wspaniałym uśmiechem i okropnym charakterem błądził gdzieś po ulicach Tokio. Cholernie daleko. A może blisko?

Śniadanie przełknęłam w biegu i 10 pięter niżej, wypluta przez czarny otwór windy, narodziłam się dla świata Zewnętrza. Szybkim krokiem podążyłam ku czerwonawemu słońcu a wysokie obcasy wybijały rytm: klak-klak-klak-klak.

Zaraz koło mojego domu rośnie sobie małe, chore drzewko. Zawsze wychodząc rano spoglądam na nie i jak żywy staje mi w pamięci mój przyjaciel. Wpadł do mnie jakiś rok temu, a szczęście blichtrem spływało mu z twarzy i tworzyło kałuże przy niezbyt czystych butach.

Oczy płonęły mu wewnętrznym bólem, gdy odwrócił się i odszedł bez słowa.

Następnego dnia znaleziono go w jego własnym mieszkaniu. Powiesił się na jakimś prozaicznym kablu... Od tego czasu na wszystkich drzewach widzę wisielców. To nawet przyjemne wrażenie. W każdym razie - przyzwyczaiłam się.

Jeszcze parę minut szybkiego marszu i stacja metra wraz z wszystkimi swoimi szybami uśmiechnęła się do mnie. Fotokomórka powitała zimnym i niewidocznym chłodem strumienia a drzwi - jak to drzwi - otwarciem się. Ruch na stacji był dla mnie zawsze pasjonującym odkryciem. Radowałam się nim, za każdym razem od nowa, czystą radością naukowca podpatrującego fermiony, bądź dziecka, które po raz pierwszy zobaczyło wijące się pod ziemią życie. Setki ludzi w płynnym i poważnym tańcu żeńców neuralnych kłosów. Twarze emitujące myśli, które trójwymiarowym halo podążały za nimi i przenikały się wzajemnie, tak jakby ten akt mikrofalowej kopulacji mógł zatrzymać czas i stworzyć im pewny, realny świat ich własnych potrzeb. Wszyscy honorujący zasady tej Wielkiej Gry, wszyscy ci ludzie dookoła mnie, mijali się w bezpiecznej odległości nie ranionych uczuć i nietykalnej Maski twarzy.

Podeszłam powoli do automatu biletowego, rozkoszując się tym przepychem i bogactwem aury wielkiego skupiska stworzeń, którym od dziecka starano się wmówić iż są zwierzętami stadnymi. Człowiek zatracił możność oceniania i rozpoznawania wszechrzeczy w momencie gdy po raz pierwszy użył symboli do opisania rzeczy oczywistych. Automat biletowy był wśród tego całego chaosu ludzkiego zbyt idealny, żeby istnieć naprawdę. Był żółty, zimny i miał wszystkie kąty proste. Musnęłam lekko otwór do wrzucania monet. Wydawał się ziać nienawiścią.

Odwróciłam się szybko, ponieważ poczułam czyjś wzrok zawieszony na mnie o wiele za długo i zbyt nachalnie, w sposób który przeczył zasadom Wielkiej Gry. ON siedział pod ścianą. Brudny obdarty i wcale nie patrzył się na MNIE. Patrzył na moje nogi spowite czarną pajęczyną rajstop. Rozbierał mnie w myślach. Sięgnęłam do torebki po monetę i niby to przypadkiem podciągnęłam jeszcze wyżej krótką spódniczkę, ujawniając na krótki i emocjonalnie przeszywający moment, symbol pożądań zapisanych w rdzeniach kręgowych nieobliczalnej rzeszy mężczyzn, ciągnącej się gdzieś po horyzont i zanikającej w ołowianej mgle znudzenia.

Spojrzał mi prosto w oczy. Jego nie miały białek. SynGordIX z precyzją narkotyku pożarł je, zostawiają za sobą czerwoną mieliznę bólu.

...pożryj me serce...

Ten narkoman miał umrzeć najdalej za jakieś trzy tygodnie. Odwróciłam się i pewnym, spokojnym ruchem wrzuciłam pieniążek do bijącej otchłani niechęci i gniewu. Automat, ze wzgardą wypluł na mnie bilet i zastygł w cudownym i sterylnym oczekiwaniu systemu bez NADZORCY. Długi, cienisty korytarz, z niewielką ilością działających jarzeniówek, prowadzi wciąż w dół i w dół. Niesiona ruchomymi schodami. Czy istnieje on również we mnie ?

Podziemny pociąg wybijał kojący rytm samouwielbienia i starych przebojów progress-rockowych. Miniaturowy ekran tuż nad moim siedzeniem obnażał się z zadowoleniem exhibicjonisty, objawiając wszystkim patrzącym reklamy kryjące się w pokładach cybernetycznej pamięci, która gdzie indziej sapała z ukontentowania, oplatając cały przedział siecią światłowodowych macek. Samokalibrujący się Celownik Laserowy, tylko dla Ciebie i Twojej prywatnej broni MITSUMACHA Co. Mit - sum - acha - stwierdziłam spokojnie w myślach i odwróciłam głowę aby podziwiać doskonałą czerń tunelu, tuż za oknem.

Wreszcie moja stacja. Wysiadam a wraz ze mną wszystkie demony, które kochają mnie i wielbią jako swoją córkę i jako jedyne, ukochane dziecko. Do szpitala w którym pracuję już tylko pareset metrów, gdy naglę w obojętność świata cywilizacji wgryza się krzyk. Krzyk wspaniały, krzyk przerażający, krzyk oczyszczający. Jak większość przechodniów odwracam głowę w stronę z której dochodzi. Przerażony, mały człowiek, jak kukiełka, jak nieszczęsna zabawka bogów stoi przed bramą starej, przedwojennej chyba jeszcze kamienicy, a zaczynający się gdzieś za tą bramą i leniwie pełznący między jego nogami, sunie po płytach chodnika, żywy czerwony strumień. Krew ? Ktoś krzyczy: " Policja ! " , ktoś inny : " Doktora ! " , a przecież to ja jestem doktorem, jestem lekarzem. Odkrywam to na nowo i ze zdumieniem.

Poddając się hipnotycznej nastrojowości zdarzenia, pod okiem zbierającego się znikąd tłumu, kieruje swe kroki ku mistycznej bramie. Minęłam człowieka, ciągle obwieszczającego światu swe przerażenie i zagłębiłam się w chłód kamienicy.

Ostry zapach krwi unosił się w powietrzu. płynęła nieprzerwanym strumieniem z na wpół otwartych drzwi do któregoś z tych starych, zatęchłych mieszkań na parterze. Mój boże, przecież żadna istota nie może mieć w sobie tyle krwi ! Taka ilość życiodajnego likieru pozbawiłaby ją zdolności odczuwania życia i empatii do wszystkiego innego co żywe.

Pchnęłam zdecydowanie owe nasiąknięte już u spodu drzwi i znalazłam się na pograniczu wibrującego poznania, coś na kształt odczuć motyla, gdy pędzony wiatrem stara się spazmatycznymi odbiciami swych wątłych skrzydełek przeciwstawić żywiołowi.

Pokój był rozświetlony. Dziesiątki świec poustawianych na bezdywanowej podłodze, rzucało oszczerczy cień na symbole i figury nań namalowane. Tajemnicze słowa, uwikłane w swe własne znaczenia i trudne do odczytania symbole, w ciągłym ruchu defilowało po ścianach. Firany zdarte i rzucone na ziemie, tworzyły coś w rodzaju materiałowego gniazdka, w którym spoczywały szczątki jakichś zwierząt. Ale na przeciwległej ścianie...

...zabierz mnie do Achlys...

Przeciwległej ściany nie było. Zamiast niej egzystowała inna, na pewno mniej ludzka rzeczywistość. Panorama wielkiej METROPOLII wdarła się przez moje oczy i pożarła mózg. Wiem tylko, że widziałam wszystko z o wiele szerszej perspektywy, tak jakbym mogła naraz objąć wzrokiem przestrzeń dookoła siebie. Były tam wielkie ruiny wieżowców i ciemne dymy wzbijały się pod niebo. A gdzieś na horyzoncie manifestowały się stałe, w tej zmiennej konstrukcji, wysmukłe wieże Cytadel. Czas płynął tam inaczej a miasto sięgało aż po kres istnienia. Gdzieś tam, w samym środku tej rzeczywistości, przyciągając mój Eidolon istniała, jak rak na zdrowej tkance, wielka i sięgająca chyba trzewi istnienia studnia, zdawająca się przeczyć wyobrażeniom o normalności życia i bezpieczeństwie mego nienarodzonego jeszcze płodu. Widziałam jak żerujące w niej istoty, ślepe i zdeformowane, czołgały się po jej ścianach w poszukiwaniach zaspokojenia swoich żądz. Niebo nad studnią miało kolor nefrytu i zwijało się równocześnie we wszystkich kierunkach, oznajmiając niedostępność wszystkiego co żywe. To było serce, sam środek tego innego, ale jakże dziwnie mi bliskiego środowiska. Widziałam kanały ściekowe, które transformując w czarne, podziemne pasaże, wiły się, gryząc ziemię w odwiecznym rytuale pożerania naturalności. Jeszcze niżej i jeszcze niżej istniał labirynt ...Achlys... wraz ze świątynią Tej-Która-Czeka. Wżerał się w mózg swoją strukturą i wyśmiewał z wszystkich architektów i projektantów. Istniał naprawdę a ich wspaniałe domy i mosty - tylko na niby. To było piękne i przerażające zarazem.

Usłyszałam jakiś ruch za plecami, ale wiedziałam że to tylko policja - jeden stary człowiek i jeden młody, wpadli z odbezpieczonymi pistoletami i zastygli w grozie. A tymczasem JA chłonęłam piękno Metropolii. Tworu który przekraczał granice zwyczajnych ludzkich budowli. On żył i manifestował to życie. Czułam je jak wibracje na płaszczyźnie opuszków palców. Czułam je w każdym oddechu, słodkawego powietrza. Widziałam krew, która wzbierając w nim, przedostawała się do naszej Strony poprzez portal na ścianie.

Starszy z policjantów zbladł i wybiegł, młodszy - zatoczył się, zgiął w pół i długo wymiotował. Zastanowiłam się dlaczego ja nie reaguje podobnie. Dlaczego mnie nie przeraża ogrom innego życia, tętniącego w cieniu kruszącego się i dawno wygasłego słońca. I powoli zaczynałam rozumieć. To ja byłam naprawdę sobą. Oni to tylko zabawka, ludzie których można poświęcić. To ja pracowicie ewoluowałam, aby móc czuć to co teraz czuję. Dziecię wolności, śmierci i życia ponad wszystko.

Odwróciłam się od krajobrazu mi ukochanego i popatrzyłam na policjanta. - To nie może być..., tak nie rozumiem... przecież to nie jest dla nas - wypluwał z siebie szeptem te urywane słowa. Zaczęłam iść w jego stronę, gdy nagle wyczułam coś pod cienką podeszwą buta. Gwoździe. Podniosłam jeden, po raz ostatni ciesząc się idealnością realnych kształtów .

Pocałowałam go w czoło i czekałam aż powoli przestanie drżeć w mych objęciach. Później wydłubałam mu oczy.

KONIEC

Tania