...

Kto zacz:
...

Życiorys:
Urodziłem się sam nie wiem kiedy i gdzie. W miasteczku na rubieżach Imperium znaleziono porzucone dziecko. Zdrowo wyglądającego niemowlaka przygarnęli kaletnik Dzru i jego żona, Dz. To byłem ja, samotny wędrowiec, znany później jako Kaczyna. Nazywano mnie tak ze względu na wielkie, piękne, odstające uszy – takich w okolicy nie miał nikt. Dorastałem wiedząc, że znajdek ze mnie, sierota i choć moi przybrani rodzice traktowali mnie dobrze, czułem się obco w tym smętnym zakątku świata. Mówili, że płynie w moich żyłach obca krew. Matka umarła, kiedy byłem chłopcem (w myślach nazywałem ją Matką) – odsunąłem się od ludzi jeszcze bardziej. Dzru nie rozumiał mnie nigdy tak naprawdę, rówieśników unikałem, nie interesowały mnie ich śmieszne, małe sprawy. Przeczuwałem, że kiedyś będę musiał odejść, poszukać własnej drogi.

Jedyną postacią z tamtego okresu, której pamięć zachowałem w sercu, była dobra Katalina, towarzyszka wypraw na bagna, które stały się z czasem moim jedynym azylem, enklawą spokoju w świecie chamów, pieniaczy, karierowiczów i półidiotów. Tam polowaliśmy wspólnie na zwinne dori-dori, tam wystrugałem sobie mój pierwszy kij (służył mi dobrze przez kilka lat, do czasu, gdy jako młodzieniec już przegrałem go w kości). Dobre to były czasy, lecz nic co dobre nie trwa wiecznie. Katalina dorosła, na moich oczach zaczęła stawać się kobietą. Przyszedł czas, kiedy wolała spotkania z dwójką mizdrzących się do niej przystojniaków terminujących u Ojca (Dietrich i Wolfgang – żałosne indywidua) od wieczorów na bagnach – ze mną. Znowu byłem sam. Pamiętam samotne wędrówki po okolicy, trudne rozmowy w domu, gdzie gościłem coraz rzadziej, bójki z chuliganami z miasteczka. Poszukiwałem swojego prawdziwego życia, to, które było moim udziałem, przypominało dziwny, niezrozumiały sen.

Dwanaście lat temu, pamiętam dokładnie ten dzień, spotkałem Mistrza Kurblę, emerytowanego łowcę głów, byłego krzyżowca, ex-zakonnika. Żył samotnie na wyspie na bagnach, w miejscu tak ukrytym i niedostępnym, że nie zapuszczałem się tam nawet ja. Kiedy odkryłem jego pustelnię, nie zdziwił się że go nawiedzam, twierdził, że obserwuje mnie i zna mnie od dawna. Polubiłem starego mistrza, on rozumiał moje tęsknoty (których, nota bene, sam wtedy nie potrafiłem nazwać), wiedział czego potrzebuję (rzeczą oczywistą było, że nie miałem zamiaru przejąć warsztatu po Ojcu). Nauczył mnie wszystkiego, co potrafię dziś. Wpoił mi zasady, którymi i dziś się kieruję. Dzięki niemu poznałem sztukę posługiwania się kijem (wtedy też wykonałem ciężkie okucia na obu końcach), ćwiczyłem siłę i zręczność, uczyłem się czytać i pisać. Opowiadał o dalekich krajach, o matactwach wielmożów w Stolicy, o wojnach, tych wielkich, o których śpiewają bardowie i o cichych, lecz nie mniej strasznych i krwawych walkach hierarchów i stronnictw. Opowiadał o elfach i o rasach dziwniejszych jeszcze, o odległych miejscach skąd przywozi się czarny lotos. Mówił o sprawiedliwości i prawdzie, o godności i honorze. Zapamiętałem wszystkie te słowa, zapamiętałem cenną wiedzę, którą mnie obdarzył. Mistrz umarł po siedmiu latach od chwili, kiedy pojawiłem się w jego chacie. Nie pozostawił po sobie wielu cennych rzeczy: przerdzewiały miecz (pochowałem go razem z mistrzem), stary, ale solidny sak (mam go do teraz), kilka sztuk srebra (nawet nie wiem, kiedy zdążyłem je wydać...).

I ja musiałem odejść, zobaczyć na własne oczy to, o czym opowiadał. Kiedy opuściłem Ojca, miałem dziewiętnaście lat. Pożegnałem się z Kataliną (zajęła się interesami i z czasem zaczęła dużo podróżować: podobno pośredniczyła w handlu suknem, pachnidłami i zamorskim korzeniem na potencję; mówiło się, że ma koneksje w większych miastach; nie wiem skąd miała pieniądze, by zainwestować na początku – potem wiodło się jej znakomicie i przestało dziwić, że nie zbywa jej niczego). Odezwała się we mnie pamięć dawnych, dobrych dni – była jedyną kobietą, która miała dla mnie znaczenie. To był ostatni raz, kiedy ją widziałem.

Minęło kilka miesięcy. Podróżowałem po kraju, imając się różnych zajęć. Pracowałem w obstawie biskupa w Bencburgu (zawsze spóźniał się z wypłatą, więc odszedłem kiedy musiałem spłacić kilka długów, a w kiesie było pusto), zatrudniłem się do ochrony transportu złota do prowincji Tam-Gnam, za zarobione pieniądze mogłem zapisać się do prywatnej akademii wojskowej w Kurdzal, ale zrezygnowałem po kilku tygodniach (homoseksualizm i sodomia były powszechne wśród kadry; przykład, który, jak wiadomo, idzie z góry, był w tym wypadku zdecydowanie zły i miał negatywny wpływ na wychowanków akademii). Potem miało miejsce to straszne nieporozumienie w Chvat, gdzie zabawiłem dwa lata w straży reprezentacyjnej kasztelana. Żona kasztelana, piękna kobieta, ponad trzydzieści lat młodsza od mojego ówczesnego pana, słynęła z rozpusty. Oczywiście jedyną osobą, która nie wiedziała o niczym, był jej zacny małżonek. No i mnie sobie upatrzyła. Bo to zła kobieta była. A pięknie musiałem prezentować się w różowym kubraku podbitym futrem, żółtych bryczesach z fioletowymi lampasami i wysokiej, zielonej czapie z dzwonkiem, symbolizującym wieczną gotowość... I te moje wielkie uszy. Zakochała się. Nie ufam jednak kobietom (pięknym zwłaszcza), a jestem lojalny. Musiałem pozostać niewzruszony i obojętny. Niestety, widząc, że nic nie wskóra, kasztelanowa (z chęci zemsty, jak mniemam) przedstawiła mężowi fałszywe oskarżenie przeciwko mnie.

Sprawa była poważna, bo miałbym, wedle jej podłych kłamstw, rzucić się na nią pijany i zgwałcić ją w sposób brutalny, jak żołdak zwykłą dziewkę. Pojmano mnie natychmiast, znalazłem się w celi. Gdyby nie pomoc strażnika świadomego ohydnej intrygi, byłbym wisiał. Ruprecht pomógł mi w ucieczce, choć nigdy nie okazywałem mu przyjaźni. Mało rozmawiałem z innymi. Ale on wiedział, że jestem niewinny – zrobił to, ryzykując bardzo wiele. Nigdy nie spotkałem go, by móc odwdzięczyć się za tę przysługę (wtedy musiał wystarczyć uścisk dłoni), żałuję – zawdzięczam mu życie. Uciekłem, cudem wymykając się pogoni. Starałem się potem nie pojawiać w tamtych okolicach, wiem, że kasztelan zapamiętał mnie sobie dobrze. Przeniosłem się na południe, gdzie uczestniczyłem w obławie na znanego zbójnika, Rum-Tzajsa (dopadliśmy go rannego w jeziorku gorącego błota, tam stoczyłem z nim walkę na kije, która przeszła do historii – przynajmniej w tej części kraju).

Jako że nie lubię rozgłosu, szybko wyniosłem się z tamtych stron. No i błąkałem się przez czas jakiś jeszcze. Nie zaskarbiłem sobie wielu przyjaciół, podobno trudno ze mną o dobry kontakt. W wielu odwiedzanych przeze mnie miejscach słyszano o Katalinie, jej samej jednak nie spotkałem nigdy. Raz jeden wydawało mi się, że widzę znajomą (choć minęło przecież kilka lat) twarz mojego dobroczyńcy Ruprechta (nie, to nie mógł być on...). Wjeżdżałem wtedy do niewielkiego miasta na rubieżach Imperium – Twin Hills.