...

Kto zacz:
...

Życiorys:
Przyszedłem na świat w dużej wsi na wzgórzach północnych rubieży. Wieś położna była na glebach żyznych, w pobliżu wielkich wywierzysk, którym zawdzięcza nazwę - Zimne Źródła i pewnie także lokację. Ludność wsi zajmowała się rolnictwem i zbieractwem, by utrzymać się w czasie cieplejszych pór roku i uzbierać co nieco na zimę, oraz hodowlą koni, które znane ze swej chyżości były naszym towarem eksportowym i dawały nam dostęp do dóbr, których nie zdołalibyśmy wytworzyć. W pobliżu wsi, wzdłuż biegu rzeki Nar, przebiegał trakt handlowy do położonych wyżej w górach hut szkła.

Mój ojciec pochodził z jednej z osad powstałych w lasach, w pobliżu hut, jednak podczas którejś z wypraw kupieckich trafił do Zimnych Źródeł, gdzie zauroczyły go wzgórza, konie i.. moja matka. Z tego zauroczenia powstałem ja, jedyny ich syn. Nazwali mnie imieniem Marek, lecz obecnie nie używam go.

Dorastałem wśród koni, jak wszystkie dzieci z naszej wsi. Nieskromnie powiem, że celowałem w ujeżdżaniu najbardziej krnąbrnych zwierząt, a w wyścigach, które w tajemnicy przed dorosłymi rozgrywaliśmy pod osłoną mroku, często byłem najlepszy, a zawsze w czołówce.

Moja matka była zielarką. Chodziła całymi dniami samotnie, lub z kilkoma pomocnicami, po lasach i polanach i zbierała płody dziewiczej puszczy, by później przygotowywać z nich mikstury o właściwościach leczniczych, zapobiegawczych, podnoszących witalność i także potencję. Te ostatnie nieraz odjeżdżały z naszej wioski w sakwach kupców za niemałe pieniądze. Zapewne podczas jednej z takich leśnych włóczęg poznała mojego ojca i niewykluczone, że zioła na coś się przydały.

Tak czy inaczej miłe były początki, łatwe życie w Zimnych Źródłach. Do czasu, aż na nizinach wybuchła wojna. Jako chłopiec nie orientowałem się w polityce i nie wiem, o co poszło. Fakt, że tej jesieni kupcy nie przybyli i głód zajrzał nam w oczy. Wiele osób chorowało, więc matka miała pełne ręce roboty. Ojciec zaś zaczął chodzić na polowania z innymi mężczyznami. Połów rzadko kiedy był obfity, bo od kilku pokoleń myślistwo nie było u nas w cenie, więc i umiejętności nietęgie w tej sztuce. Czasem brałem w tym udział, choć ojciec zabierał mnie niechętnie, gdyż miałem wtedy dopiero 12 lat, a on uważał, że mimo zwinności mogę być czasem nieobliczalny i więcej będzie ze mnie szkody, niż pożytku.

A wiosną, gdy nadzieja na poprawę zaświtała nam w głowach, pojawili się zbójcy. Ich bandy tworzyły się z uciekinierów z frontu. Znaczy najgorsze szumowiny to były. No i napadli nas. Nadeszli świtem, zaraz po tym, jak ojcowie wyszli na polowanie - prawdopodobnie upatrzyli nas sobie wcześniej. Przyznam, że wtedy pomyślałem tylko o sobie, zapominając o matce. Choć z drugiej strony, cóż mogłem zrobić jako niespełna 13-letni chłopiec? Umknąłem do lasu po topniejącym śniegu. Nie wiedziałem, czy ktoś jeszcze uszedł z życiem. Wiem tylko, że część bandy ruszyła w las, a część zaczaiła się we wiosce. Nie chciałem sprawdzać, jakie przyniosło to efekty.

Tak oto nagle musiałem się usamodzielnić. Przeczekawszy kilka dni, wróciłem do Źródeł, by zastać tam zgliszcza jedynie i ciała. A także łuk, którym co prawda nie umiałem się wtedy dobrze posłużyć, jednak zwiększał moją szansę. Złożywszy z pozostałych resztek niewielki ekwipunek ruszyłem w góry, w leśną gęstwinę. Tam miałem spędzić blisko dwa lata.

Z wiosną wszystko rozkwitło, i choć zapachy budzącej się do życia przyrody nie były w stanie przysłonić cienia w mej pamięci (dzieciom łatwiej jest zapomnieć, lecz ja przestawałem być dzieckiem bardzo szybko), to nowa sytuacja nawet mi się podobała. Wędrowałem więc lasami górnego dorzecza Nar żywiąc się tym, co znalazłem w runie - wiedza mojej matki, choć nigdy nie przekazywana mi wprost, przydała mi się wtedy chyba najbardziej. Starałem się także coś upolować. Mając łuk i nóż, którym mogłem strugać strzały, wiele czasu poświęcałem na ćwiczenie celności. Początkowo strzelałem do celów nieruchomych, potem do niedużych czworonogów, a jesienią biegłość moja była na tyle duża, że byłem w stanie ustrzelić wiewiórkę, czy ptaka siedzącego na niewysokiej gałęzi. Słowem, mimo utraty całej przeszłości (i pewnej, jak mi się niedawno jeszcze zdawało, przyszłości), wiodło mi się nieźle! Przeżyłem w lesie pół roku, znaczy byłem w tym niezły. Ale nadchodziła zima.

Zimą musiałem oprzeć się tylko na tym, co upolowałem. Pojawiła się też konkurencja - watahy wilków. Wtedy też zacząłem miewać sny. Najpierw widziałem miejsca, których nie znałem, potem pojawiła się postać myśliwego. W końcu przemówił do mnie. Kazał mi doskonalić umiejętności strzeleckie, kazał zmontować kuszę.

Wiele myślałem nad tymi wizjami (czy mogę to tak nazwać?). Nasze wierzenia nie znały niczego podobnego. My modliliśmy się do bóstw kamieni i wody o dobre plony, o zdrowie dla nas i koni. Ale myśliwy? Niemniej jednak przygotowałem sobie kuszę. Cóż to było! Teraz, gdy wiem, co znaczy kusza, mogę się tylko śmiać, wtedy byłem dumny. Nowa broń dorównywała celności łukowi, mniejszy jednak miała zasięg - cóż, materiały. Z nową bronią polowanie było nadal skuteczne, więc z łuku zrezygnowałem. Sny przestały się pojawiać.

Powróciły wiosną, gdy ja, czternastolatek o ciele i cerze 20-latka, nieco wychudzony, czułem się w lesie, jak ryba w wodzie. Myśliwy z wizji kazał mi zakradać się w pobliże hut, podpatrywać ludzi, lecz pozostawać niezauważonym. W ten sposób udało mi się czasem coś zdobyć: nowe ubranie, informacje. Dowiedziałem się między innymi, że wojna już się skończyła, że ze Źródeł przeżyło 20 osób... Ze ktoś widział w lasach ducha myśliwego, że... Głównie jednak wędrowałem. Znałem już pewnie tyle roślin leśnych, ile moja matka, wiedziałem o niebo więcej o polowaniu, niż mój ojciec. Mijało lato.

Jesienią wszystko się zmieniło. Któregoś ranka obudziłem się słysząc głosy. Czujny mój sen musiał mnie tym razem zwieść, gdyż obcy podeszli zbyt blisko, bym mógł uciec niezauważony. I zobaczyli mnie. I... nie zaatakowali. Dawno nie wypowiedziałem słowa w ludzkim języku, więc wzięli mnie za dzikusa (czy tak w istocie nie było?). Okazali się bandą rabusiów - synami kupców, których interesy upadły podczas wojny. Czyżby trafił swój na swego? Wiedziałem, że obawiają się mnie. Ja też bałem się o własną skórę - ich było piętnastu, ja sam. Jednak nie odebrali mi broni, zaprosili na wspólny posiłek, nie otruli. Zgodziłem przyłączyć się do obozu. Tej nocy odwiedził mnie we śnie ów myśliwy, lecz nic ni mówił, tylko patrzył.

Następnego dnia ruszyłem na polowanie. Moją zdobycz zjedliśmy wspólnie. Nie odzywałem się do nich często - rozważałem swoją sytuację. Czy spędzić kolejną zimę w lesie? I ile jeszcze takich zim? Postanowiłem przyłączyć się do złodziejaszków. Przystali na to chętnie. No może nie całkiem. W każdym razie dwa dni później ruszyliśmy w dół rzeki Nar, na niziny.

W kompanii nadano mi imię Łazik. Spodobało mi się - pozwalało nie używać tego, które ciągle przywodziło na myśl bolesne wspomnienia. Wędrowaliśmy od wsi do wsi i kradliśmy. Nie byliśmy zwykłymi rzeźnikami, jacy napadli moją wieś. Mieliśmy opracowaną metodę. Jako, że wędrowców było na gościńcach wielu, nikogo grupa młodzieńców nie dziwiła. Przejeżdżaliśmy więc przez wieś za dnia. Nie wszyscy znaczy. Ja, i kilku chłopców, w czasie, gdy reszta kroczyła dumnie gościńcem, zakradała się opłotkami (przydały się moje leśne umiejętności), by zorientować się, co też gospodarze mają w szopach, drewutniach, składzikach. Czasem coś atrakcyjnego mieli. A potem tego już nie mieli. Spotykaliśmy się jakąś milę za wsią i rozbijaliśmy obóz. Ja zdawałem relację z rekonesansu i miałem wolny wieczór. Ci zaś, co szli gościńcem, odwiedzali wieś ponownie, już mniej oficjalnie i powracali z łupem po kilku godzinach. Kolejne dwa dni szliśmy poza gościńcem, by zbytnio nie rzucać się w oczy. I tak się toczyło. Do wiosny.

Wiosną, znacznie już obładowani, zajechaliśmy do miasteczka Mervill. Tu dowiedziałem się, że nie jesteśmy taką sobie bandą, lecz najemnikami. Miejscowy kupiec, jednooki Johan, odkupił od nas łup i wtedy po raz pierwszy poczułem ciężar własnych pieniędzy w kiesie. Ruszyliśmy do szynku! Jako niewprawny w spożywaniu trunków, szybko poległem na placu boju i zbudziłem się nad ranem w rynsztoku, koło lokalu.

- Wielce ciekawie prawiłeś wczoraj, młodzieńcze. Myślę, że nadajesz się do czegoś więcej, niż banda rabusiów - odezwał się do mnie barman wymiatający właśnie zeschnięte łajno, którego nanieśli buciorami goście.

- Jeśli chcesz się zająć handlem trochę bardziej serio, udaj się do tego domu na rogu. Mieszka tam bogaty kupiec - Bencwał. Powołaj się na mnie, może los się do ciebie uśmiechnie.

Nie odpowiedziałem nic. Udałem się w poszukiwaniu kompanii. Ale.. nie doszedłem.

Bencwał nie krył pogardy, ale nie wyrzucił mnie. Przez jakiś czas pracowałem przy przeładunku towarów, jeździłem z transportami do sąsiednich miast - poznawałem okolicę. Nie było to zajęcie pasjonujące, ale dawało stały dochód - mogłem więc nieco wzmocnić głowę. Gdy nastała jesień, kupiec wezwał mnie do siebie i wtedy zrozumiałem, dlaczego barman mnie tu przysłał. Tego pierwszego wieczoru w knajpie musiałem dużo mówić, bo Bencwał wiedział o mnie wiele, bardzo wiele. Otóż, miałem zostać szpiegiem, handlować informacją.

Przeszedłem przyspieszony, uproszczony kurs czytania i liczenia i wiosną byłem gotowy do pracy na nowym stanowisku. Moja praca miała polegać na zdobywaniu informacji, przenoszeniu listów, wiadomości ustnych. Miałem być szybki, podróżować niezauważony, być możliwie samowystarczalny. Nie trzeba mi było tłumaczyć, co to znaczy! Byłem w swoim żywiole.

Moje pierwsze zadanie polegało na dostarczeniu pewnego listu (tym razem nie znałem jego treści) do płatnerza w Rozstajach (trzy dni drogi od Mervill), tam miałem otrzymać dalsze instrukcje. Podróż tam nie była zbytnio kłopotliwa. Gdy w pobliżu gościńca rósł las, podążałem nim bez dłuższych odpoczynków, gdy droga wiodła przez pola, kryłem się pod osłoną nocy. Bywałem w Rozstajach już wcześniej z transportami towaru od Bencwała, lecz tym razem czułem na sobie ważność misji i miasteczko wydawało mi się bardziej groźne. Poczekawszy do zmierzchu, odwiedziłem płatnerza i wręczyłem list. Płatnerz przeczytał go i rzekł:

Za dzień lub dwa dni przejeżdżać będzie tędy wóz z suknem, eskortowany silniej niż - zdawałoby się - należy eskortować wóz z suknem. Podejrzewamy, że jest to w istocie przemyt organizowany przez barona Warchoła. Jednak, by móc działać, trzeba mieć pewność! Twoim zadaniem jest śledzenie tego transportu tak długo, aż dowiesz się, co transport zawiera i kto jest nadawcą - niemożliwe, żeby strażnicy zachowali milczenie między sobą. Dobrze byłoby też wiedzieć, dla kogo jest towar przeznaczony, jednak to nie jest takie ważne. Obserwuj i podsłuchuj ich podczas obozowisk. Jeśli wrócisz do mnie z informacją w ciągu tygodnia, możesz liczyć na sowitą zapłatę.

O świcie ruszyłem we wskazanym kierunku, by oczekiwać w ukryciu pojawienia się rzeczonego wozu. Pojawił się przed upływem doby - duży wóz pod plandeką, sześciu zbrojnych w miecze, dwóch z nich miało łuki. Z miasta wychodziły tylko dwie bramy, więc na dalszą obserwację przeniosłem się pod przeciwległą. Moi podopieczni nie marudzili zbyt długo i ruszyli dalej jeszcze tego samego dnia. Zadanie nie wydało mi się trudne, ale nie miałem doświadczenia. Oni najwyraźniej tak! Obóz rozbili na polanie. Na środku polany! Jakże miałem ich usłyszeć! Następnego wieczora polana była dużo mniejsza, usadowiłem się więc tak, by lekki wietrzyk niósł słowa w moją stronę i czekałem.

- Kurwa, ile komarów. - zagaił jeden z eskortujących.

- A co, wolałbyś gzić się w jakimś miękkim posłaniu, ha? - odparł inny

- A żebyś wiedział. Po co tak się trząść nad tymi pierdolonymi liśćmi?

- Baron każe, sługa musi. A co, źle ci pod jego kasą, może ci się jakowaś niegodziwość we łbie zalęgła?

- Zalęgła, nie zalęgła, mamy teraz z górą dwa tygodnie wędrowania i spania po lasach...

- Jak się będziemy streszczać, a nie pierdolić bez celu, to do Zakola dotrzemy w trzy dni. A jak wrócimy, to będziesz mógł się zabawić do woli.

- He, he... - zarzęził rozmówca, po czym na jakiś czas zamilkli.

Tego wieczora dowiedziałem się sporo, ale jeszcze nie wszystko. Postanowiłem dać sobie szansę następnego dnia. Niestety - podopieczni moi wydusili z siebie jeszcze tylko to, że odbiorca jest kimś z rodziny barona, ale nic więcej. Zdecydowałem, że ważniejsze jest dowiezienie informacji na czas, niż uzupełnienie brakujących fragmentów, więc zakończyłem swą misję. Eskortujący okazali się jednak dupkami.

Wszystko poszło gładko, ale bywały i gorsze zadania. Na przykład to, gdy należało za wszelką cenę nie dopuścić do tego, by szpicel barona w Niskich Łąkach nie dostarczył wieści pośrednikowi, a mino to dowiedzieć się, kto jest pośrednikiem. Ledwo uszedłem z rzycią, trzeba przyznać, ale zadanie wykonałem - szpicel martwy, pośrednik pod "opieką" Bencwała. No i nie zdemaskowałem się, jak sądzę.

Poznałem wielu ważnych ludzi w regionie. Wiedziałem, kto pociąga za sznurki i do kogo spływają z brzękiem monety. Wiedziałem pierwszy, gdy baron Warchoł przygotował spisek przeciwko mojemu pracodawcy. Wiedziałem, że błędem było zlekceważenie tego ostrzeżenia. Obserwowałem z ukrycia pojmanie Bencwała.

Ktoś także obserwował mnie, bo nagle usłyszałem obok szelest i ciemna postać wybiegła z zarośli w kierunku domostw. Nie miałem czasu wrócić po konia, puściłem się więc biegiem w kierunku lasu. Słyszałem za sobą daleki stuk kopyt końskich. Kryłem się wśród drzew, omijałem otwarte przestrzenie, lecz ciągle słyszałem za sobą pościg. Uratowało mnie to, że pogoń musiała porzucić konie. Pojąłem ryzyko - schowany wśród gałęzi, czekałem na prześladowców. Przyszli, przeszli, a gdy oddalili się nieco, ruszyłem pędem z naciągniętą kuszą w kierunku, skąd przybiegli, gdzie, jak sądziłem, pozostawili konie.

Wpadłem na polanę - dwóch ludzi. Jednego ustrzeliłem bezbłędnie, drugi rzucił się na mnie z nożem. Nie było czasu, na kuszę, uchyliłem się i skoczyłem ku koniom. Przeciąłem własnym sztyletem powróz i pognałem w las. Dopiero po chwili poczułem, ze z prawej nogi cieknie mi krew - ostrze strażnika dosięgło mnie jednak, choć rana nie była głęboka. Galopowałem. Omijając rejon pogoni zawróciłem w gęstwinę i galopowałem. Koń padł mi rano, ale i tak miałbym z nim tylko kłopot. Ciągle niepewny swego poszedłem pieszo.

Sytuacja nie wyglądała dobrze. Wiedziałem, że baron nie rezygnuje łatwo. Wiedziałem, że on wie o moim istnieniu, choć nigdy mnie nie widział, ale widział mnie ten ktoś w zaroślach. Wiedziałem, że baron nie wie, ile ja wiem, ale miał prawo się bać. Bać się mnie, ale bardziej tego, komu służył. Wiedziałem, co znaczy baron Warchoł, który się boi. Słowem, nie mogłem sobie pozwolić na brak czujności. Czy znaczy to, że zostałem wygnańcem? Była wiosna, miałem 16 lat, dobrą kuszę, sporo cennych informacji i nie wiedziałem, gdzie się udać. Ruszyłem ku Mrocznym Bagnom, na południe.

Obecnie, po miesiącu blisko, znalazłem się w nieznanych mi lasach. Szczerze powiedziawszy, nie bardzo wiem, gdzie dokładnie jestem.