...

Rozdział 1
Jesień zbliżała się nieubłaganie a chłodne poranki poczęły dawać się we znaki samotnym wędrowcom skazanym na nocleg pod gołym niebem. Jeden z takich właśnie wędrowców obudził się właśnie na skutek rezonansu wychłodzonego organizmu i klekotania własnych zębów. A zęby miał zdrowe, białe i równe – ich wygląd oraz energia z jaką poderwał się na nogi i przeciągnął niemal robiąc mostek utwierdziłaby postronnego obserwatora w przekonaniu, iż ma do czynienia z człowiekiem bardzo młodym. Nijakich obserwatorów nie było jednak w okolicy.

Łazik zdawał sobie chyba z tego sprawę, nawet nie spojrzał na leżącą opodal improwizowanego posłania kuszę i resztki mizernego ekwipunku – jedynym problemem jaki zaprzątał obecnie jego głowę było zimno wsączające się przez nadprute szwy jego zużytego odzienia. Nie zastanawiając się podbiegł na skraj polany, na który wślizgiwały się pierwsze promienie słońca przesiane przez korony drzew. Dopiero po chwili, ogrzany ciepłym, jesiennym słońcem znalazł czas, by zastanowić się nad swoim położeniem.

Nigdy nie starał się nie wybiegać myślami w przód bardziej niż o kilka dni. Po co myśleć o tym, co wydarzy się później, skoro wszystko zmienia się jak w gigantycznym kotle, w którym warzą się zioła? Jeszcze niedawno Merville było jego domem, ledwie dwa tygodnie temu walczył o życie przedzierając się przez Mroczne Bagna, a teraz stał tu – w nieznanym sobie lesie, nie wiedząc co przyniesie mu dzień, gdzie dotrze, kogo spotka, dokąd zmierza i w ogóle po co to wszystko... Gdyby Łazik miał zapędy filozoficzne, znalazłby zapewne wdzięczny temat do egzystencjalnych rozważań. Na szczęście ich nie miał. Wziął się więc odlał, pozbierał swoje rzeczy i wiedziony swoim niezawodnym zmysłem kierunku ruszył w stronę, gdzie wedle wszelkich prawideł natury powinien znajdować się strumień. A gdzie woda, tam najczęściej i zwierzyna...

Chłopak słyszał już szum potoku, gdy pod jednym z drzew mignął mu rąbek burego, podróżnego płaszcza. Zamarł i wstrzymał oddech, lecz jedynymi odgłosami mącącymi ciszę starego lasu był śpiew ptaków i szemrzący nurt strumienia. W pewnym momencie wydało mu się, że słyszy cichy jęk. Odczekał chwilę i ostrożnie obszedł drzewo z kuszą przygotowaną do strzału.

„Przeciwnik” nie wyglądał groźnie – podarty płaszcz okrywał niskiego, chudego chłystka. Rozczochrane czarne włosy i przybrudzona ziemią twarz dopełniała obrazu rozpaczy. Obok ciała leżał porzucony kij i stary podróżny worek z którego wysypał się nędzny dobytek – krzesiwo, hubka i kawałek sznurka. Chociaż Łazik nie dostrzegł żadnych ran ani innych śladów walki, znajda nie wyglądał za dobrze – był chyba nieprzytomny, od czasu do czasu jego ciałem wstrząsał dreszcz, któremu towarzyszył niezrozumiały, skrzekliwy jęk. Twarz chłystka wykrzywiała się wówczas w grymasie pełnym przerażenia. Łazik opuścił broń.

Rozdział 2
Uważnie rozglądając się, podszedłem do leżącego. Niestety próba ocucenia go nie dała żadnego rezultatu. Najwyraźniej chłopak był skrajnie wyczerpany lub zatruty. Postanowiłem zająć się nim za chwilę, tymczasem należało jednak zdobyć coś na kolację. Płynący w pobliżu strumień obiecywał, że połów może się udać. Nie potrzebowałem grubej zwierzyny – robienie jakichkolwiek zapasów w mojej sytuacji nie miało sensu, a na posiłek dla dwóch nawet osób spokojnie wystarczyłby zając lub kilka ptaków.

Niedługo potem siedziałem przy mocno dymiącym ognisku, na którym w powyginanym mocno metalowym kubku grzała się woda, w której zamierzałem zaparzyć zioła dla nieznajomego. Akurat miałem przy sobie składniki, z których można przyrządzić wzmacniającą miksturę. Obecność tego młodziana mogła oznaczać bliskość jakiejś osady – jego ekwipunek sugerował raczej, że nie zamierzał wędrować po lesie długo, choć najwyraźniej tak się właśnie stało. Ale wiedziałem, że póki nie uda się do przywrócić do stanu używalności, wszelkie rozmyślania są na nic. Woda zagotowała się.

Oddech obcego, po tym jak wlałem w niego napar, wyraźnie wyrównał się i teraz chłopak zwyczajnie spał. Gdy nadziałem upolowanego liska na kij i zacząłem go opiekać nad ogniem, wędrowiec otworzył oczy.

- Znalazłem cię nieprzytomnego. Niedługo będziesz mógł co nieco przekąsić. – rzekłem. Tamten nie odpowiedział, zapadł w sen ponownie.

Gdy mięso przyrumieniło się słusznie, jakby na znak, mój towarzysz podniósł się z ziemi.

- Zabłądziłem bez prowiantu. – wychrypiał. – Chyba jestem ci winien życie.

- Eee..., jeszcze nie jest powiedziane, że nie poderżnę ci zaraz gardła. – Zdjąłem lisa z kija i podałem współbiesiadnikowi spory kawał. – Posil się.

Chłopak rzucił się wręcz na jedzenie. To potwierdzał jego zeznania – wyglądał jakby tydzień nic nie jadł.

- Wyglądasz, jakbyś tydzień nic nie jadł.

- Pięś dni. – odrzekł łykając spory kawał uda. – szedłem z mojej wioski roboty szukać w Twin Hills. Ale pomyślałem se, że skrótem bez las szybciej będzie, ale mi się coś pokręcić musiało i o zmroku ścieżki żem pomylił. No i tak chodziłem i chodziłem, aż sił nie stało.

Przez jakiś czas jedliśmy w milczeniu. Było już dość mroczno. W świetle płomieni jego twarz nabrała ostrzejszych rysów – nie był już dzieckiem. I nie objadał się na co dzień.

- Jestem Jurek – oznajmił.

- Na mnie mówią Łazik. – odrzekłem. – Dziś już nie pójdziemy nigdzie, bo musisz wypocząć. Nie ucieknij mi nigdzie.

Reszta dnia minęła w milczeniu. Spałem czujnie, jak zwykle. Jurek kręcił się niespokojnie i czasem budził mnie jego cichy jęk, o świcie, gdy gość spał jeszcze, rozejrzałem się trochę po okolicy – nigdzie śladu ścieżki, czy drogi – chłoptaś musiał kawał ujść przez pięć dni nawet chodząc w kółko. Swoją drogą dziwne, że tak nie orientował się w terenie. Z myślą, że trzeba Jurka nieco przepytać, wróciłem do ogniska.

Podczas rozmowy przy skromnym śniadaniu, Jurek opowiedział mi nieco o sobie. Pochodził z niewielkiej wioski położonej kilka mil od skraju lasu, na południe stąd. Niespełna tydzień temu, zmuszony biedą, ruszył na północ, do miasteczka Twin Hills. Idąc traktem, można tę drogę przebyć w cztery dni, jednak w linii prostej, jest to tylko dwa dni drogi, gdyż trakt omija leśne gęstwiny. Jurek postanowił więc iść skrótem i zabłądził. Zamierzał znaleźć jakiekolwiek zajęcie, jednak jego specjalnością, można by rzec - talentem, jest garncarstwo. Był bardzo zdolnym uczniem swego ojca i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie miał starszego brata, a w warsztacie ojca nie było miejsca dla trzech - zbyt mały zbyt. Ruszył wiec za chlebem.

Zwinęliśmy nasze niby obozowisko, i poszliśmy na północ. Słońce stało już wysoko, bo Jurkowi należał się tej nocy dłuższy sen. Teren zaczął się wkrótce wznosić.

- Twin Hills leży u stóp Gór Północnych, między dwoma wzgórzami, które rozdziela rwąca (w tym miejscu) rzeka. Nazywa się Brandywina, ale miejscowi mówią na nią po prostu Rwąca - wyjaśnił Jurek. - Zaczynamy mieć pod górę, co znaczy, że jutro będziemy na miejscu.

- To dobrze. – odparłem. – Czy las sięga aż do miasta?

- Nie, od ostatnich drzew, do bram dzieli nas jakaś mila pól z kilkoma domami chłopów.

- Czy znasz kogoś w mieście?

- Z tego co pamiętam, mieszka tam Stefan, handlarz. On kupuje od lat nasze garnki. Nieźle płaci, ale nie zgadza się, niestety, na zwiększenie skupu. Mówi, że ludzie wolą coś prostego i taniego, a na zbytki tylko wyższe sfery sobie pozwalają.

- Możesz mu ufać?

- Myślę, że tak. – odparł Jurek. – O ile uda mi się go znaleźć. W Twin Hills byłem ino raz. Czy mogłoby to być dla ciebie pomocne?

- Być może.. – zakończyłem.

Dalszą drogę odbyliśmy w milczeniu. Na kolację udało mi się upolować dwa zające.

Następnego dnia wstaliśmy wcześnie i nieco po południu doszliśmy do skraju lasu.

- Tu musimy się rozstać, jak sądzę. – powiedziałem.

- Dlaczego? Chodź ze mną, może razem łatwiej znajdziemy jakąś robotę. Polecę cię Stefanowi. Jestem ci to winny.

- Hm – zastanowiłem się. – Nie pójdę z Tobą, ale możesz mi wyświadczyć pewną przysługę.

Opowiedziałem mu, że być może ktoś mnie szuka. Prosiłem, żeby zorientował się, czy ktoś w mieście rozpytywał o kogoś, kogo opis pasowałby do mnie. Jurek nieco się przestraszył, ale zgodził się. Umówiliśmy się w tym samym miejscu późnym wieczorem.

Obserwowałem go, aż dotarł do gościńca i zniknął za niewielkim wzniesieniem.

Czas pozostały do spotkania wykorzystałem na zorientowanie się w okolicach miasta. Las otaczał je od południa, skąd przyszliśmy, i od wschodu, pozostałe tereny zajmowały pola. Również dwa wzgórza były trawiaste, przez co stanowiły dobry punkt widokowy umożliwiający obserwację znacznego obszaru. Poza tym - nic ciekawego. No, może to, co bardzo mnie ucieszyło, że na horyzoncie było widać nie tak odległe góry. Gdybym jeszcze mógł przestać się ukrywać.

Zbliżał się wieczór, schowany w cieniu drzew czekałem na Jurka. Krótko przed zapadnięciem całkowitych ciemności dostrzegłem kogoś zbliżającego się pewnym krokiem w moim kierunku. Dostrzegłem trzy postaci.

Rozdział 3
Los przestał sprzyjać uczciwym obywatelom – pomyślał Barnaba – od kiedy banda chłystków wzięła się za robienie brudnych interesów. Podwojone straże, patrole na murach, szpicle węszący po gospodach – nic z tych rzeczy nie poprawiało humoru ‘uczciwego rzemieślnika’, za jakiego uważał się Barnaba. Barnaba bowiem, oprócz swoich sześciu i pół stóp wzrostu, skórzanego kaftana obitego ćwiekami i pięści wielkości bochna chleba miał jeszcze solidną jak skała etykę zawodową. A w owym kodeksie (zaraz obok punktu o sierotach, wdowach, dzieciach i starcach) stało jak wół: „Nigdy, ale to nigdy, nie mieszaj się do brudnych interesów. Za żadne skarby”. Barnaba od dwudziestu lat hołdował tej zasadzie i miał się dobrze. Czego nie można powiedzieć o tym nieszczęsnym chłystku, który za kilka dni będzie żywym przykładem dla tych, którzy są wystarczająco głupi, aby maczać palce w handlu Czarnym Lotosem. Niezbyt długo żywym, ale za to efektownym.

Tak to właśnie rozmyślając, po odbyciu drobiazgowej kontroli, opuścił mury miasta i udał się do domu starego Hansa, którego obejście było jednym z ostatnich na podgrodziu. Rozejrzał się uważnie, zapukał w umówiony sposób i wśliznął się do środka przez uchylone drzwi.

W środku, za drewnianym stołem siedziały dwie osoby popijając mętną ciecz z obtłuczonych, glinianych naczyń. Jak nakazywała tradycja, jedynym źródłem światła była kopcący straszliwie ogarek oświetlający mapę rozłożoną na brudnych deskach. Na jednym z narożników pergaminu leżała niedojedzona kość, drugi przybity był do blatu rdzewiejącym nożem.

- Witaj kamracie – zagaiła jedna z postaci, a kiedy jej twarz oświetlił blask świecy Barnaba poznał Jonatana, zwanego Okrutnym. – Mamy dobre wieści. Stara Bartłomieja nic nie spostrzegła.

- Uch – odetchnął Barnaba i nastrój znacznie mu się poprawił. Istniało kilka rzeczy, które mogłyby się równać ze Starą Bartłomieja, ale i tak wolałby spotkać na swojej drodze wszystkie razem zamiast niej.

- Bartłomiej powinien przybyć lada chwila – dodał Jonatan i dostawił trzeci kufel.

- To dobrze.

Mężczyźni pogrążyli się w posępnym milczeniu, pociągając z kufli wpatrywali się w rozłożony na stole pergamin. Czas odmierzało nieubłagane skrzypienie niedomkniętej okiennicy poruszanej przez wiatr. Przez szparę wpadało coraz mniej światła; zaczynało się robić ciemno kiedy ciszę przerwały trzy głuche uderzenia.

- To Bartłomiej – zauważył Jonatan.

- Hans, otwieraj – nakazał Barnaba.

Wprowadzony przez starego gość pasował do reszty gromady – pośród długich, przetłuszczonych włosów nie było prawie widać twarzy, a połatana opończa zawierała mnóstwo pożytecznych zakamarków. Siedzący przy stole zamarli w oczekiwaniu, wpatrując się w przybysza. Gdzieś spomiędzy kieszeni, kieszonek i łat wyłoniła się owłosiona ręka trzymająca chlupoczący bukłaczek. Szeroki uśmiech, niczym pękająca rana zakwitł na obliczu Bartłomieja.

- Nic nie zauważyła – zachichotał nerwowo – absolutnie nic – poklepywany po plecach przez kompanów dosiadł się do stolika i odszpuntował bukłak.

- Panowie – Barnaba rozpoczął dyskusję, skoro tylko wszyscy porządnie przepłukali gardła doniesionym trunkiem – jak zapewne pamiętacie, podczas ostatniej roboty, dzięki rozsądkowi pewnego szczodrobliwego podróżnego weszliśmy w posiadanie mapy prowadzącej do wielkiego skarbu. Skarbu, który zapewni nam godziwą emeryturę, spokojną starość i, co najważniejsze – dodał spoglądając na Bartłomieja – święty spokój ze strony naszych wścibskich małżonek.

- Ech... – Bartłomiejowi wyrwało się rozmarzone westchnienie.

Tak właśnie – kontynuował Barnaba – przyszło nam wyruszyć na poszukiwania. Droga nie będzie łatwa – wskazał na rozłożoną mapę – czeka nas przeprawa przez zdradliwe bagna, wysokie góry oraz mroczne lasy. Nie rozumiem wprawdzie tych zapisów w starożytnym języku – nieco się zmieszał – ale cóż... na pewno to nic ważnego. Najważniejsze bowiem – w głosie Barnaby zabrzmiała nuta patosu, bohaterstwa i wielkiej przygody kiedy wskazywał wielkim paluchem na newralgiczny fragment mapy – jest wielki skarb, i jest potwora, która go strzeże. I to właśnie my ubijemy tą potworę i skarb weźmiemy dla siebie!

Długo wstrzymywane oddechy opuściły płuca zebranych. Zapanowała radosna wrzawa, która po krótkiej chwili została uspokojona przez stanowczego dowódcę.

- Hans! Witka w porządku? – zapytał gospodarza.

- A pewnie, Barnabo, a pewnie – starzec zasapał się wytaszczając z kąta wielką maczugę nabijaną żelaznymi ćwiekami – dbałem o nią jak o własną...

- Dobrze. Jonatan! Prowiant? Narzędzia? – Barnaba był, jak zwykle, uosobieniem profesjonalizmu.

- Są – Okrutny potrząsnął wielką sakwą. Wyposażenie zagrzechotało.

- Sznur? Siarka? Pakuły?

- Spokojnie, kamracie – uśmiechnął się Bartłomiej – wszystko gotowe. Możemy wyruszać – spojrzał na starego Hansa, który nagle posmutniał – Nie martw się, stary. Jak wrócimy, znowu usiądziemy przy piwie. I nie będziemy już musieli liczyć miedziaków na następną kolejkę.

- Właśnie, nie czas na sentymenty – nieco łagodniej dodał Barnaba – Czas wyruszać, noc jest dobrą porą dla poszukiwaczy skarbów i tajemnic, ale do północy musimy dotrzeć na Czarcią Polanę. Życz nam powodzenia, Hans.

Żegnani poradami starego człowieka trzej mężczyźni opuścili chatę kierując się w stronę widocznego na południu lasu. Zachodzące słońce zabarwiło niebo kolorem krwi, która ani chybi była zapowiedzią nadchodzących bohaterskich czynów, walki i chwały. Kompani zbliżali się już do skraju lasu, kiedy usłyszeli za plecami tętent galopującego konia.

Potok domów i zdziwionych ludzi szybko znikał za plecami, gdy Jurek w szaleńczym galopie przemierzał miasteczko. Cud, że jechał, cud, że nie spadł. Nie wiedział nawet jak i kiedy znalazł się przed bramą do Twin Hills. Ponad grzywą wierzchowca zobaczył kilku strażników, zobaczył wzniesione halabardy. Usłyszał wezwanie do zatrzymania się, ale nawet gdyby chciał nie potrafiłaby pewnie zatrzymać rozpędzonego zwierzęcia. Straże w ostatniej chwili odskoczyły na boki przed kopytami rozpędzonego konia. Jeszcze sekunda i był poza miastem. Zyskał nieco czasu, ale sądząc z odgłosów, pogoń była niedaleko. Po chwili szaleńczej jazdy Jurek zauważył dwa znajome pagórki (miejsce, w którym umówił się z Łazikiem) i jakichś ludzi. Odzyskał władzę nad własnym ciałem. Słyszał krzyki ścigających i wiedział, że za chwilę spadnie z galopującego dziko konia. Świat obok poruszał się bardzo, bardzo szybko.

- Łazik!!! Na pomoc!!! – wydarł się przeraźliwie. To było wszystko co mógł zrobić.

Rozdział 4
„No to ładna kabała” – pomyślałem. Nie było jednak czasu na rozważania. Cokolwiek mną kierowało, kazało mi załadować bełt i wyskoczyć zza drzew. W kilka sekund znalazłem się tuż obok trzech nieznanych mi postaci. Kimkolwiek byli, to nie oni stanowili w tej chwili podstawowe źródło kłopotów. Wymierzyłem kuszę i bełt utkwił głęboko w udzie jednego z jeźdźców ścigających Jurka. Jeździec krzyknął i szarpnął uprząż; po chwili leżał na trawie. Drugi nie czekając na swoją kolej skręcił i okrążając nas szerokim łukiem zawrócił do miasta.

- Kim jesteś? – spytał jeden z trzech nie znanych mi mężczyzn, gdy pomagałem podnieść się Jurkowi.

- Nie czas na wyjaśnienia, ten jeden nie pojechał do żony na kolację! Nie wiem, co zamierzaliście, ale radzę wam stąd spierdalać czym prędzej. W każdym razie my zamierzamy to uczynić. – odkrzyknąłem.

Jurek był nieco obolały, ale klacz, której przygalopował wyglądała na zdrową i wiedziałem, że z pewnością nam się przyda. Ścigający Jurka strażnik spoczywał na łące z utkwionym w nas przerażonym wzrokiem, jakby czekał, kiedy go zamierzamy dobić. Nie zamierzaliśmy go dobić.

Złapałem klacz – bez trudu dała się udobruchać. Przytroczyłem spiesznie nasz skromny dobytek do rzemieni przy siodle i zwróciłem się do nieznajomych.

- Co tak stoicie, jak bez gaci? Wyglądacie, jakbyście wyruszali w daleką wędrówkę, a obcy wam widok drobnego draśnięcia?

W grupie nastąpiły szepty, po czym największy rzekł:

- Nie zwykliśmy zabijać i dlatego żyjesz, choć wpakowałeś nas w tarapaty. Faktycznie zamierzaliśmy trochę połazić... ale, jako rzekłeś, teraz jeno spierdalać nam pozostało...

- To nie stójmy jak cielęta! Potem bedzie czas na wyjaśnienia. I lepiej, żeby z was dobrzy piechurzy byli. – uciąłem i ruszyłem truchtem w kierunku lasu, trzymając klacz za uzdę.

Gdy skrył nas mrok gęstwiny i zmierzchu, największy z moich towarzyszy, nieco zasapany, rzekł:

- Nie tędy chodźmy. Znamy tę okolicę. Tu niedaleko przepływa niewielki strumień, który poprowadzi nas w kierunku gór, a przy okazji zmylimy pogoń.

- Ale przestaniemy oddalać się od miasta – zaprotestowałem.

Pójdziemy w miejsca, które mają złą sławę w okolicy, nie będą nas tam szukać. Poza tym nam w stronę gór trzeba.

Prowadź więc, widzę że macie jakiś plan, a ja nie miałem konkretnego celu. – odparłem. – Zwą mnie Łazikiem, tak przy okazji.

Jam jest Barnaba, ale na wieczorek zapoznawczy przyjdzie pora, jeśli nie okażesz się niegodziwcem. Teraz w drogę!

Błysk w oku Barnaby ucieszył mnie nawet. Choć wyglądał na zasiedziałego jegomościa, pałał chęcią zrobienia czegoś niecodziennego. Jeśli nie poderżną mi gardła, mogę mieć niezłych kompanów, czy może raczej oni zyskają mnie? Jak zwał, tak zwał – w każdym razie wszyscy jesteśmy teraz wyjęci spod prawa, no w każdym razie poszukiwani.

Całą noc szliśmy bez wytchnienia. Koryto strumienia wznosiło sie łagodnie prowadząc nas wśród gęsto rosnących drzew, wśród których liściaste trafiały sie coraz rzadziej. Powietrze stawało się coraz chłodniejsze i rześkie. Znak, że zbliżamy sie do gór. Na krótko przed świtem stanęliśmy na małej polanie. Według mojego szacunku przeszliśmy około 15 mil. Trudno powiedzieć, czy to wystarczy, by przestano nas ścigać, jeśli można wierzyc Barnabie, to nie powinni pójść za nami w tę stronę, ale... Tak, czy siak należał nam się odpoczynek i postanowiliśmy, że będie to właśnie tutaj. Moi kompani mieli pledy – widać przygotowali sie do wyprawy dobrze. Wystawiliśmy warty i zasnęliśmy mocnym snem.

Gdy się obudziłem, słońce stało już wysoko. Wokół było cicho, nie licząc brzeczenia owadów. Nad polaną snuła się jesienna mgła.

- Wstawać, wstawać! – pokrzykiwał Barnaba. – Bartłomieju, rozpal ognisko. Trzeba coś przekąsić – czeka nas długi dzień.

Podniosłem się z legowiska bez spacjalnej przyjemności, ale myśl i ciepłej strawie nieco mnie rozbudziła.

- Łaziku! Upoluj coś na śniadanie tą swoją kuszą nieszczęsną. – Barnaba rozwiał moje nadzieje na darmowy posiłek.

- Jak dla mnie to ona szczęsna jest raczej. – mruknąłem i poszedłem odlać się na stronę. Północną.

‘Wracamy w góry, Łaziku!’ – pomyślałem sobie. ‘Jesteś jak u siebie.’

Polowanie było krótkie, a gdy zajęcze mięso opiekało się nad ogniem, Barnaba rzekł:

- Nie naglimy cię w kwestii wyjaśnień, kim jesteś i skąd znasz tego chłystka. – wskazał głową na Jurka. – Ale też nie spodziewaj się, że bedziemy ci się zwierzać dopóki nie będziemy mogli ci powierzyć wiedzę o celu naszej wyprawy. Dotąd rozciągają się znane mi tereny i nie sądzę, żeby dalej groziła nam pogoń, więc, jeśli chcesz, możemy się rozstać – wybór należy do ciebie.

- Okazaliście mi zaufanie, ja wam. Nie mam konkretnego celu, do którego bym zmierzał z powodów, których na razie wam nie wyjawię. – odparłem. – Widzę że przygotowaliście się do wyprawy dobrze, więc nie jest to zapewne małostka. Jeśli mnie do swojej kompanii przyjmiecie, zabiorę się z wami i postaram być pomocny...

Zanim ruszyliśmy tego dnia w drogę, opowiedziałem kompanom o sobie tyle, ile mogłem bez wspominania o moim prześladowcy. Opowieść nieco ubarwiałem widząc w ich oczach błysk zaciekawienia. Gdy zwinęlismy nasze małe obozowisko, Barnaba poklepał mnie swoją wielką dłonią i rzekł:

- Przez ciebie spaliliśmy za sobą mosty, ale nie wykluczone, że wszyscy na tym skorzystamy. A teraz, ruszajmy!