...

Rozdział 1
Okiennica uchyliła się, nienaoliwione zawiasy zaskrzypiały przeraźliwie. „Jednoręki” Zdzisiek zamarł w bezruchu. Dochodzące z wnętrza chrapanie urwało się, ale po pełnej niepewności chwili znowu wróciło do normy. Złodziej odetchnął z ulgą i dał znak swojemu towarzyszowi kryjącemu się w ciemnościach. Do okna zbliżył się „Szybki” Lopez i bez słowa zaczął gramolić się do środka...

Włam okazał się prostszy niż myśleli – wszystkie drzwi wewnątrz domu były pootwierane, dopiero na piętrze wieży natknęli się na przeszkodę. Zdzisiek uśmiechnął się pod wąsem, a jego wprawne palce zagłębiły się w pęku wytrychów. Oczy czekającego Lopeza błyskały w ciemnościach, światło wpadającego przez okienko księżyca odbijało się na klindze jego noża.

Ciężka klapa podniosła się wpuszczając w mrok pomieszczenia odrobinę światła. Ostrożnie, aby nie potrącić niczego, złodzieje wdrapali się na górę. Ciemności rozświetlił wątły płomyk świecy. W jego świetle pracownia wyglądała jak wyjęta z opowieści o czarnoksiężnikach przyzywających demony. Dreszcz przeszedł po plecach włamywaczy. Z lękiem zaczęli rozglądać się poszukując wśród ksiąg i przeróżnej aparatury czegoś wartościowego.

Pochyleni nad skrzynią złodzieje nie zauważyli rzędów dziwnych symboli znaczących zamek i zawiasy. Zdzisiek schował wytrychy – okazały się niepotrzebne. „Ten dureń najwyraźniej zapomniał zam...” – zdążył pomyśleć zanim potężny wybuch nie wstrząsnął całym domostwem. Gryzący dym wypełnił pomieszczenie. Zdzisiek zobaczył wijącego się na podłodze Lopeza – jęczał cienkim głosem trzymając się za krocze. Chciał mu pomóc, ale kiedy zobaczył swoją rękę leżącą na podłodze poczuł, że właśnie puściły mu zwieracze...

Niepozorny, zgarbiony, szary człowiek rozejrzał się uważnie zanim przestąpił próg gospody. Jak w każdy dzień targowy łatwo było zgubić się w tłumie przyjezdnych handlarzy, ale zawsze istniało ryzyko spotkania niepożądanych osób. Tym bardziej, że szansa niemiłego spotkania zwiększyła się znacznie po wydarzeniach ostatniej nocy. Przybysz westchnął i usiadł na ławie w kącie sali popijając powoli piwo i przysłuchując się rozmowom...

Wśród agitatorów i wazeliniarzy wznoszących toasty za zdrowie Imperatora, mieszczan pijących za spadek inflacji, handlarzy wspominających podwyżki ceł i myta, chłopów narzekających na słabe plony i pijanych drwali pracujących na swój image siedziało dwóch osobników podejrzanej konduity. Pochyleni nad kuflami szeptali konspiracyjnie, co nie uszło uwadze wprawnego słuchacza, jakim bez wątpienia był tajemniczy przybysz.

- ... i wtedy, mówię ci Józek, wyskoczyła ta maszkara. Latała na trzy metry i pierdziała płomieniami!

- No, cco ty? Niemożliwe! Trzy metry?

- No właśnie i wtedy jak nie pierdła! Aż się wieża zawaliła... Ślepa Maria mówiła, że u niej było słychać jak się waliła.

- Eee tam, Ślepej Marii zawsze się wydaje, że się gdzieś wali...

- Mówię przecie, że zawaliła. Staszek mówił, że słyszał jak Piotrek widział!

- Aaa, chyba, że Piotrek... No i co, i co dalej było?

- No i się Zdzisiek doigrał. A mówiłem mu: Nie idź, czarna magia, doigrasz się... Ale nie słuchał.

- Jak, co się stało? Żyje?

- Żyć, żyje – nie wiem jakim cudem, ale dupę uratował. W pierdlu siedzi, doktór go połatał... Tylko...

- No co, co?

- Ano ksywę będzie musiał zmienić...

- Nie mów... Pechowiec z tego Zdzicha – to już drugi raz...

- Ano tak. Z Lopezem też jest krucho. Podobno będzie śpiewał w chórze...

- Czarna magia, psia jej mać... przecie wiadomo...

Widok postaci, która stanęła w drzwiach karczmy wyrwała przybysza z zasłuchania. Szybko zeskoczył ze stołka, przemknął pomiędzy gośćmi i zniknął w tylnim wyjściu.

Kiedy zatrzymał się w mroku zaułka i upewnił się, że nikt za nim nie idzie zdjął szybko płaszcz i założył go na lewą stronę. Przestał się garbić i pewnym krokiem wyszedł na ulicę... Chciał zdążyć na spotkanie ze Starcem, z którym umówił się wczoraj na rynku, pod słupem z ogłoszeniami...

Zaspany Starzec zwlókł się z wyra i poczuł nagłe bóle w krzyżu. „Nie te lata” – pomyślał smutno kontemplując swoje przywiędłe ciało. Nocne eskapady i inne ekstrawagancje powinno zostawiać się młodzikom... Stękając i utyskując na dzisiejsze czasy podszedł do okna i wyjrzał na podwórze gospody sącząc resztki piwa z glinianego dzbana. Dwoje dzieci taplających się w błotnistej breji ... kura ... pomocnik karczmarza czerpiący wodę ze studni ... kaczka ... prosię ... droga prowadząca do stajni ... jakiś facet wpatrujący się w okno ... koń pijący z koryta ...

Zaraz, zaraz. Nieco uważniej przyjrzał się temu facetowi. Było w nim coś niepokojącego. Nie chodziło nawet o to, że miał na głowie kaptur, chociaż nie było ani śladu deszczu. Najbardziej niepokojące były jego ruchy – krótkie, oszczędne ale pewne siebie. Koleś rozejrzał się, podszedł szybko do pachołka, który skończył właśnie wciągać wiadro pełne wody. Chłopak cofnął się z przestrachem, ale przybysz nie pozwolił mu odejść. Wymienili kilka zdań, chłopak kręcił głową i gestykulował żywiołowo. Kaptur chwycił go za szmaty i przyciągnął do siebie... Nagle, od strony gospody rozległ się donośny głos gospodarza, słyszalny nawet w pokoju. Przybysz pchnął chłopaka w błoto, pogroził mu pięścią i uciekł. Zanim zniknął z pola widzenia, obejrzał się i jeszcze raz spojrzał w stronę okien gospody. Pasmo białych włosów uciekło spod kaptura, a widok jego bladej twarzy sprawił, że ciarki przeszły po plecach Starca.

Leon zaklął szpetnie. Nie dosyć, że nieomal wpadł na jednego z ludzi Zenona próbując zbliżyć się do jego meliny, to jeszcze nigdzie nie mógł znaleźć Starca. Nie było go na umówionym spotkaniu, chociaż czekał o dobrą godzinę dłużej. Nie chodziło o to, że czuł się za niego odpowiedzialny, ale jeśli Zenon dorwał Starca tak szybko, to należało się zatroszczyć o własną dupę...

Oczywiście najrozsądniejszym wyjściem byłoby odwiedzenie hodowli pieprzu – Leon nie mógł sobie jednak pozwolić na taki luksus. Rabinowitz nie byłby zadowolony. Byłby nawet bardzo niezadowolony. A bardzo niezadowolony Rabinowitz nie był osobą, którą Leon chciałby zobaczyć w najbliższej przyszłości. Westchnął i niechętnie ruszył w stronę dzielnicy biedoty. Przecież Zenon nie może mieć na garnuszku wszystkich zbirów w Twin Hills...

Wysoki wędrowiec ubrany w ciepły komżuch zatrzymał się niezdecydowany na środku opustoszałego rynku. Zmierzchało – o tej porze przechodnie powoli znikali z ulic zaludniając tawerny lub wracając do domów. Przybysz nie wyglądał na domatora. Długa, okuta laga, skórzana mycka, ponure oblicze – to wszystko mówiło samo za siebie.

Na słupie z ogłoszeniami wisiało kilka notatek. Wędrowiec ominął wzrokiem wielki plakat werbunkowy Legionów Imperium, nie zwrócił też uwagi na enigmatyczne ulotki w stylu: Dyskretnego „tępiciela” „szkodników” zatrudnię. Jego wzrok zatrzymał się na krótkim, acz treściwym anonsie sygnowanym przez kupca Von Trompke, zauważył również intrygujące w swojej treści ogłoszenie z wielką herbową pieczęcią. Zastanowił się chwilę, spojrzał na ostatnie ślady zachodzącego słońca i z westchnieniem ruszył w stronę najbliższej oberży.

Jorge zaklął cicho, kiedy kolejna komarzyca dopięła swego. Miał serdecznie dość czekania, aż obiekt pojawi się w okolicach tej niemiłej oberży. Nie podobała mu się okolica, nie podobały mu się pętające w pobliżu patrole straży miejskiej. Spojrzał z nienawiścią na szyld z czerwonym kogutem. Jorge odwykł od knajp, które nie siedziały w kieszeni u jego szefa, a i wspomnienie karczmarza wyciągającego spod lady olbrzymią kuszę nie nastrajało go pozytywnie. Pozostawało tylko czekać w głodzie i chłodzie, aż ktoś tu okaże się większym frajerem niż na to wygląda...

Rozdział 2: Kaczyna
Okuta laska stukała miarowo o kocie łby. Obcy zaczynał powoli tracić nadzieję na znalezienie noclegu – w gospodach albo brakowało miejsc zajętych przez zalew handlarzy starzyzną zwabionych do miasta zbliżającym się kiermaszem, albo ich ceny okazywały się zbyt wygórowane. Jedynym ratunkiem mogła okazać się jakaś speluna w dzielnicy biedoty – nie podobało mu się to zbytnio, ale zimny oddech nocy zaczął przenikać przez poprzecierany komżuch. Ostrożnie zagłębił się w labiryncie mrocznych zaułków pełnych stygnących ciał i niewyjaśnionych tajemnic.

Na pierwsze ciało natknął się już po kilku minutach. Oczywiście wiązała się z nim niewyjaśniona tajemnica, bowiem nieszczęśnik nie miał na sobie nic, prócz gustownej apaszki. Nie miał również widocznych ran, wybałuszonych oczu, ani obciętych genitaliów. Ofiara nadpobudliwej dziwki? Pechowy ekshibicjonista? A może po prostu przechodzień? Wędrowiec był zbyt zmęczony, aby zastanawiać się nad takimi szczegółami. Ostrożnie przestąpił nad stygnącym denatem i ruszył w kierunku słabo oświetlonego szyldu. Koślawe, wydrapane w desce litery składały się w jakiś nieczytelny napis, a prowadzące w dół schodki prowadziły w półmrok.

Wnętrze oberży okazało się równie niechlujne jak jej otoczenie. Pod sufitem zbyt niskim aby można było się wyprostować snuły się kłęby dymu. Strop podtrzymywały powykrzywiane filary, ich kondycja skłaniała do przemyśleń o wyższości ducha nad materią. Nieliczne towarzystwo zebrane w środku wolało chyba przemyślenia na inne tematy... Kiedy tylko obcy przestąpił przez próg zatrzymał się na nim wzrok kilku par oczu. Zrobiło się cicho.

Wędrowiec, jakby nieświadomy zainteresowania jego osobą, rozpiął nieco komżuch, zbliżył się do kontuaru i zwrócił się do pryszczatego barmana:

- Kubek wody poproszę.

Ospowate indywiduum skierowało na niego zdumione spojrzenie i z wrażenia otworzyło gębę. Na brudną ladę upadła przeżuta prymka tytoniu.

- Że co? – wyjąkał zdziwiony barman.

- Kubek wody. I jeszcze miejsce do spania – powtórzył gość zmęczonym głosem.

Zapadła chwila kłopotliwej ciszy.

- Eeee, wody? ... nie mamy wody...

- Nie masz wody... – zamyślił się przybysz – To daj, co masz.

Inni goście powoli wrócili do swoich zajęć. Barman rozluźnił się i zaczął nalewać do obtłuczonego kufla jakiejś mętnej cieczy.

- 3 miedziaki. Za łóżko 5 miedziaków. Z góry – ostrzegł gościa patrząc na niego podejrzliwie.

Gość położył na ladzie kilka monet i usiadł samotnie w kącie sali. Skrzywił się z pierwszym łykiem sikacza, ale że był zdrożony, i było mu niemal wszystko jedno począł sączyć z kufla przypatrując się towarzystwu.

Przy stolikach kiwało się kilku prawie nieprzytomnych żuli, ktoś bawił się zardzewiałym nożem, wyrośnięty fizol (bramkarz?) siedział przy drzwiach, a jakiś szary człowieczek rozmawiał gestykulując z trzema podejrzanymi oprychami. Najwyraźniej próbował ich do czegoś namówić, ale niezbyt mu wychodziło. W końcu zdenerwował się i wstał głośno niemal przewracając stołek. Zostawiając za sobą złe słowo opuścił lokal.

Wędrowiec pociągnął z obrzydzeniem z kufla. Oprychy zaczęły kłócić się między sobą. Po chwili doszli do porozumienia – trójka zgodnie wstała i w niedwuznacznym celu ruszyła w ślad za szarakiem. Przybysz spojrzał na barmana – ten nie mrugnął nawet okiem. Bramkarz również nie zwrócił uwagi na kastety i dobywane z pochew noże. Oprychy zniknęły za drzwiami.

To nie był udany dzień. Po ostatniej przegranej w kości nastrój pogorszył mi się znacznie. Brakowało pieniędzy, a nieustanny weltschmerz nie przestawał (boleśnie) dawać o sobie znać.

W zasadzie mogłem siedzieć dalej przy stole w zaplutej oberży, rozmyślając o sensie życia i możliwościach zdobycia (legalnie) gotówki. Patrząc w kubek tak zwanego piwa analizowałem ruch dużych kręgów tłuszczu, pływających po powierzchni płynu i zastanawiałem się czy wolę spokojnie dotrwać do końca dnia, czy może wyjść i przyjrzeć się z bliska podejrzanie wyglądającym typom, którzy dopiero co wyszli z lokalu.

Podniosłem się z miejsca, nie wiedząc do końca dlaczego to robię. Źle im z oczu patrzyło, poza tym nie miałem wątpliwości, że za chwilę zrobią coś naprawdę niegodziwego (rzadko zawodzi mnie intuicja w takich razach).

Otrzeźwiło mnie zimne powietrze na zewnątrz. Rozejrzałem się wokół. Przy końcu uliczki majaczyło kilka ciemnych postaci. Ruszyłem w ich stronę, starając się poruszać jak najciszej. Byli jeszcze w odległości dobrych kilkudziesięciu kroków kiedy skręcili w jedną z bocznych ulic. Przyspieszyłem kroku. Przeczucie nie zawiodło mnie i tym razem, trzech oprychów najwyraźniej usiłowało zabić człowieka, który był z nimi w spelunce. Stali tam wszyscy z nożami w rękach, otaczając niewielkiego mężczyznę.

Kiedy rzucili się do przodu mały wykonał szybki unik, wykazując się zwinnością, o którą wcześniej bym go nie posądzał. Udało mu się zranić jednego z napastników (trafiony przyklęknął, zwijając się z bólu) lecz sam nie uniknął ciosu. Podbiegłem do walczących i biorąc potężny zamach zdzieliłem kijem najbliżej stojącego bandziora w głowę. Gdy osuwał się na ziemię jego towarzysze, zaskoczeni tą niespodziewana odsieczą, odwrócili się w moim kierunku. Mały człowiek wykorzystał tę krótką chwilę i pchnął nożem drugiego z agresorów. W jednej chwili byłem przy nich, gotowy do następnego uderzenia. Niedoszli zabójcy nie zastanawiali się długo i pierzchli, opuszczając w ślepym zaułku nieprzytomnego kompana.

Walka była skończona.