"...Fredom jakby na chwilę zgłupiał..."
Pan Laskowski -- komentator sportowy
Witam, witam, wasz nieoceniony zgrywus i przezabawny wesołek wraca ponownie z kolejną porcją przezabawnych dowcipów.
Jeżeli nie doświadczyliście jeszcze nigdy żadnego z moich występów komicznych, to macie teraz jedyną i niepowtarzalną szansę obcowania z moim jakże nietypowym i interesującym poczuciem humoru.
Oświadczam także już na początku tego tekstu, że dowcipy w nim zawarte NIE SĄ wklepkami z jakichś głupawych książeczek kupowanych od babci klozetowych za sto złotych. Nie są one niestety moimi własnymi utworami. Krótko mówiąc, są to kawały NAJLEPSZE Z NAJLEPSZYCH, wybrane przeze mnie z setek innych chłamowatych dowcipasków.
Prawdę mówiąc, większość z tych żarcików traktuje "o buldogu", gdzie kawałami "o buldogu" nazywam specyficzną grupę kawałów bazujących na zaskakującej poincie, będącej dla sporej ilości osób zawodem po rozbudowanej i zazwyczaj silnie emocjonalnie nacechowanej głównej części dowcipu.
Uh, oh. Miałem robić show, gdy tymczasem próbuję analizować swoje poczucie humoru, co w zasadzie powinienem uczynić w zakończeniu niniejszego tekściku.
So, the ceremony is about to begin...
Dawno, dawno, temu, za morzami i lasami, za górami i polami, łąkami i kniejami, za rzekami i nieprzeniknionymi dąbrowami...
(( w ten sposób opowiadam tak długo, jak tylko jestem w stanie. Powoli, z namaszczeniem -- sami zresztą pamiętacie, jak babcia opowiadała wam bajkę o czerwonym kapturku ))
...wznosiła się szklana góra, której szczytu nie dane było widzieć jeszcze żadnemu śmiertelnemu człowiekowi. Legenda głosiła, żeponad chmurami, tam gdzie wzrok nie sięga stoi niezdobyty szklany zamek, w którym zły czarnoksiężnik więzi przecudnej urody księżniczkę. Zdarzyło się (jakże by mogło być inaczej), że pewien bohaterski rycerz postanowił przerwać tohaniebne trwanie w bezruchu i uwolnić więzioną piękność z rąk przebrzydłego czarodzieja.
(( W tym miejscu kawału zaczynam już wprowadzać pewne dysonanse, mające na celu łagodne przejście z części bajkowej, do czegoś szybszego, bardziej przepełnionego ekspresją (stąd chociażby niezbyt tu pasujące słowo "przebrzydły". Po prostu odrobinkę p suję nastrój ))
Podjeżdża więc nasz wojak pod szklaną górę, pozostawia tam swego wierzchowca, po czym zaczyna się piąć po szklanej stromiźnie. Rycerz wspina się z niesamowitym wysiłkiem, kaleczy dłonie na ostrych krawędziach. Wysiłek wykrzywia mu twarz, pot zalewa oczy, każdy krok grozi upadkiem ze straszliwej wysokości. W pewnym momencie atakuje go dwugłowy smok....
(( Przyspieszamy nasze opowiadanko, więcej ekspresji, więcej gestów ze strony opowiadającego, wplatamy jakieś onomatopeje ))
...Rycerz wyciąga miecz. Szlacht, ciach, spada głowa, rycerz pędzi dalej, nie zatrzymuje się nawet na chwilę przy kolejnym przeciwniku -- dwie kolejne głowy toczą się po szklanej grani. Dopiero przy bramie zamku rycerz zatrzymał się na dłużej, by stoczyć straszliwą, wyczerpującąwalkę z najokrutniejszym z czarowników. Nie czas i miejsce tu, by opisywać, dokładniej tewydarzenia. Jedno jest pewne -- zwycięski, acz poraniony i wyczerpany rycerz przeszedł nie mając przed sobą już nijakich przeciwników, przez zdruzgotaną bramę zamku.
(( W tym miejscu tempo opowiadania zbliża się do zenitu -- obszukiwanie komnat to już prawie prędkość światła ))
Wpada do pierwszej komnaty, ale nie widzi tam księżniczki, druga, trzecia, czwarta... Nic.
(( Narracja gwałtownie zwalnia ))
Dopiero jakieś cudne dźwięki prowadzą jego kroki na wieżę, gdzie widzi niesamowicie piękną, długowłosą księżniczkę, której niebiańska nagość okryta tylko muślinowym welonem wprawiła go w osłupienie. Siedziała ona przy złotej harfie i delikatnie muskając struny wydobywała z instrumentu dźwięki godne Apollina. Rycerz zbliża się do niej jak do świętości i jak najciszej, by nie zakłócić tej przecudownej muzyki nieśmiało mówi:
(( Tutaj z wielkim przejęciem ))
"Księżniczko, jak ty pięknie grasz".
Na co księżniczka odpowiada:
(( Odpowiedź księżniczki, to kwintesencja stylu "spod budki z piwem". Najpierw splunięcie, potem cała wypowiedź niskim, "chropowatym" głosem ))
"Eeeee, tak sobie popierdalam."
Jest to więc typowy kawał "do opowiadania". Czytanie go w zwyczajnej (niemowgliowej) formie nie daje chyba żadnej radości. Forma mowgliowa także nie jest ideałem -- wybijanie z rytmu i te rzeczy. Tego po prostu trzeba słuchać, gdyż kawał jest oparty na nastroju, a nie na słownych gierkach. Nastrój da się stworzyć tyllko pisząc długi elaborat (lub średniej długości wiersz -- to byłobyniezłe -- kawał wierszem), lub też w najzwyczajniejszy sposób mówić -- wykorzystać gesty, modulowanie głosu und so weiter.
Reszta przychodzi sama, choć kawał jest najlepszy do opowiadania przy sporym audytorium --zawsze to weselej -- ktoś się uśmieje, a reszta pójdzie za głosem rozsądku -- nigdy nie wiadomo, a może to było śmieszne? Jakby co, to zawsze można powiedzieć, że wyśmiewaliśmy nieśmieszny kawał. Tak więc duże audytorium, to zawsze dobra rzecz dla opowiadacza -- swego rodzaju ciepełko i bezpieczeństwo -- grupa zawsze reaguje gwałtowniej, więc jeśli kawał się naprawdę spodoba, to śmiechom i wiwatom nie będzie końca ;-)
SMAKOSZ
Pewnego razu zdarzyło się, że zostałem zmuszony do stania w kolejce w jakimś podrzędnej jakości sklepiku w moim rodzinnym mieście. Kolejka była dość długa, chwilę musiałem poczekać, ale na szczęście NIE BYŁO NUDNO.
Pewne zdarzenie, które odbyło się zaraz po moim wejściu do sklepu dostarczyło mi wrażeń na dużo dłużej niż 10 minut oczekiwania.
Otóż, pewien starszy już odrobinę pan, dzierżący w ręku butelkę o charakterystycznym wydłużonym kształcie, ozwał się stojąc już przy kasie w te słowa: "Poproszę HITa"
Na to zatroskana pani odpowiedziała: "Niestety jest tylko TOP"
W tym momencie pan powiedział: "W takim razie bardzo dziękuję", zabrał swoją butelkę i poszedł dalej swoją drogą.
Krótko mówiąc -- są pewne granice dobrego smaku, a nasze społeczeństwo doskonale je rozumie.
Przyszedł więc człowiek wraz ze swoim zwierzęcym przyjacielem na wielki stadion, zgłosił się do organizatorów i kategorycznie zażądał dopisania jego pupila na listę startową. Komisja, zajmująca się tego rodzaju sprawami próbowała delikatnie odradzić panu tego rodzaju postępek. Nasz dumny właściciel Mopsika uparł się, by piesek jego został do wyścigu dopuszczony. Znalazł się gdzieś na uboczu wolny boks, z którego Mopsik mógł wystartować, więc sędziowie nie znaleźli przeciwwskazań dla startu Mopsa. Jak więc się umówili, tak i uczynili.
Człowiek postawił na swego Mopsa oszczędności całego życia, Mops stanął w "blokach startowych", bomba poszła w górę, psy ruszyły, zając począł uciekać. Hah, naturalnie dla naszego Mopsa nie zając był ważny, on NAPRAWDĘ rozumiał o co w tym wszystkim chodzi. Sam sobie nadawał tempo, sam wybierał najlepszy tor, gnał jak wiatr i gnałby tak, niezależnie od tego czy postawiono by przed nim zająca, czy też nie. On wiedział po co biegnie -- przecież umówił się ze swoim właścicielem.
Niestety po przebiegnięciu jednego okrążenia Mopsik zatrzymał się i został już w tym miejscu ciężko dysząc. Podbiega do niego właściciel i mówi: "Mopsik, co się stało, przecież się umawialiśmy. Ja postawiłem na ciebie wszystkie swoje pieniądze, no coś ty zrobił, jakiś niepoważny jesteś, daj spokój. Co się stało?" Na co zadyszany Mops odpowiada: "Ehe...ehe...ehe...huh...uh...aha (odgłosy dyszenia), heh ....zupełnie...huh..uh...nie rozumiem ...hah..ah..nie rozumiem...huh..huh... jak to się mogło stać....."
Zaczął w te słowa: "Po czym można poznać wędkarza?" Nieśmiało próbowaliśmy odpowiedzi w stylu "Po wędce?", lecz wtedy pan tryumfalnym głosem oświadczył: "Stoi na brzegu i czeka na śmierć"
Taaaak... tutaj nie ma już co komentować. Dykteryjka jest krótka i piękna. Jak widać duch radości i abstrakcyjne poczucie humoru jeszcze nie zagasły w społeczeństwie. Oby tak dalej, a MOWGLIE SHOW stanie się wieczny (tak samo jak jego autor) Tym optymistycznym akcentem kończę na dziś.
Jak zwykle czekam na listy, teksty, żarty i tak dalej. Mój adres znaleźć nietrudno -- w końcu jestem tutaj naczelnym. No to cześć żegnam, a raczej mówię "do przeczytania w następnym numerze"
Mowglie